top of page
  • Zdjęcie autoraTomek

Welcome to the United States!

Zaktualizowano: 25 cze 2023


Mój szef nazywa mnie nomadą, co przyjmuję na klatę z pełnym zrozumieniem, a nawet z satysfakcją. I jest to stwierdzenie tyleż uprawnione, co jednak nieprzystające do leksykalnej definicji, bo choć prawdą jest, że w podróży jestem częściej niż statystyczny Kowalski, to gdzie mi do tych, co to nigdy się nie zatrzymują? Nie mogę polemizować jednak z faktem, że ledwo wysiadłem z samolotu z Nepalu, a już jestem w drodze na drugą stronę zegara. Tym razem służbowo, ale przecież bym skłamał mówiąc, że te kilkanaście godzin w podróży jest dla mnie czymś przykrym. Kolekcjonowanie podróżnych doświadczeń to coś, co mnie napędza, nie przestaje mnie kręcić i sprawia ogromną przyjemność. A że ten kierunek był dla mnie dziewiczy... no cóż, z tym większym podnieceniem dążyłem do celu.

Welcome to the United States mister Skrypczak. Welcome to Seattle!

Bezsenność w Seattle, film z Meg Ryan i Tomem Hanksem, zna każdy i jest to w zasadzie pierwsze skojarzenie jakie przychodzi do głowy gdy się pomyśli o tym mieście. Co prawda o tę bezsenność miałem pewne obawy, bo jednak nie dla zabawy tu człowiek się telepał, a do roboty. Warto byłoby więc mieć jako tako pracującą łepetynę. A jednak ta różnica czasu jest cudownym sprzymierzeńcem. Budzę się na ochotnika w południe polskiego czasu, co oznacza ni mniej, ni więcej tyle, że w Seattle jest 4 rano. Za oknem mam piękny, nocny, nowoczesny, wielkomiejski pejzaż. Rozświetlone skyscrapery nie pozwalają zasnąć, zresztą… kto by chciał spać w Seattle? Kto by chciał marnować czas na takie przyziemne kwestie? Śniadanie serwują o 6.30 i od razu przekonuję się, że wielka dolewka to nie jest czcza gadanina. Śniadanie jest normalne, a nawet dość ubogie w porównaniu do naszych europejskich standardów, ale za to kawa leje się szerokim strumieniem. Upiję dwa, trzy łyki i miły kelner już pojawia się znikąd i uzupełnia kubek. Tym sposobem wypijam moją dwudniową dawkę kofeiny na śniadanie, a ten miły człowiek oferuje mi ją jeszcze na wynos. Nie zdążyłem odpowiedzieć ‘no, thank you’, a pan już pędzi z papierowym kubkiem pełnym parującej kawy i życzy mi dobrego dnia. Well, dzień zapowiada się pięknie, ale pęknę jak nic.

Pracę zaczynam o 9, mejlownicę ogarnąłem przed śniadaniem, co znaczy, że najbliższe dwie godziny mam dla siebie. Mieszkam w hotelu w samym środku downtown, przy piątej alei, więc już kilka minut później melduję się przy Pike Place Market, ale ten jeszcze śpi. Tuż obok jest pierwszy Starbucks jaki powstał na świecie, bagatela 50 lat temu, ale jeszcze nie zmęczyłem kawy hotelowej – też zresztą z logo Starbucksa, więc daruję sobie ten turystyczny obowiązek. I tak przez cały tydzień szwendam się po budzących się do życia ulicach. Wstające słońce przeciska się gdzieś tam między szklano-stalowymi budynkami, od czasu do czasu nad głową przejeżdża mi monorail, pociąg bez kół. W pobliżu Space Needle, 184 metrowej wieży, która od 60 lat jest symbolem miasta, spotykam rzeźbę Chrisa Cornella. Jednego z tych grunge’owych muzyków, którzy wypłynęli w świat ze Seattle i nie wytrzymali ciśnienia, sławy, popularności. Rozglądam się za Kurtem Cobainem, ale bez powodzenia. Później doczytam, że memorial poświęcony liderowi Nirvany znajduje się w Aberdeen, 175 km od Seattle. No cóż, może uda się innym razem. Obok Gum Wall, ściany oklejonej kolorową gumą do żucia, ledwie przemykam jak cień, za to z Chinatown uciekam szybko. Chyba nawet nie doszedłem do głównego punktu, bo nie czułem się komfortowo w towarzystwie chłopaków, którzy nie wyobrażają sobie życia bez strzału w żyłę. Dość ponury widok. Za to pięknie się prezentuje Alaska Way, szeroka aleja wzdłuż zatoki. Z jednej strony wysokie budynki, po drugiej stronie nabrzeże ze statkami, a to wszystko skąpane w ostrej, jaskrawo-białej poświacie wschodzącego słońca. Jest pięknie, pora jednak zabrać się za robotę.

Jako że biura mamy poza centrum, to lunche jemy na przedmieściach, blisko firmy. I to mi się podoba chyba jeszcze bardziej niż downtown. Na przykład bar, w którym wszystko wygląda jak na filmach – drewniane stoliki, bardzo oszczędny, by nie powiedzieć surowy, wystrój. Dla kontrastu piękna pani z promiennym uśmiechem przyjmuje zamówienia na, a jakże, burgera z diet kolą. Nic innego nie kojarzy mi się z Ameryką bardziej, niż taki zestaw. To nie jest wielki burger, rozprawiam się z kolejnym stereotypem o ogromnych porcjach, ale za to idealnie przygotowany. Jestem w kulinarnym niebie, które zaczyna się lekko chmurzyć w momencie, kiedy dostaję rachunek. Cena ceną, nic tu nie jest tanie, ale szybko się uczę, że ceny w karcie nie zawierają dziewięcioprocentowego podatku, który jest doliczony dopiero na rachunku. Co więcej, na terminalu płatniczym wyświetlają mi się 3 opcje napiwku. Jak dziad z Polski wybieram najtańsze rozwiązanie, ale i tak rachunek rośnie o kolejne 15%. Mógłbym oczywiście pokombinować i dać mniej, ale ani nie wypada (jak mnie poinstruował mój „amerykański” kolega), no a poza tym ten burger był przecież wyborny. No i ten uśmiech…

Seattle popołudniową porą, w wielu miejscach przypomina Szczecin. Jest to zielone, czyste, położone nad wodą miasto. Ma stocznię, nawet krokusy kwitną tak jak u nas. Miasto, w którym zdaje się nie być jakiegoś szczególnego pośpiechu, a pomijając nowoczesne wieżowce nawet architektura jest podobna. Każdego popołudnia odwiedzamy jakiś lokalny browar, wybór piw mocno utrudnia decyzję, a atmosfera jest dokładnie taka, jakiej potrzeba po pracy. W Capitol Hill delektujemy trunki w browarze Optimism, który bardzo przypomina mi nasz „nowy browar”. Siedzimy przy oknie i gdybym przesadził z napitkami, to doprawdy mógłbym pomyśleć, że wciąż siedzę w Szczecinie. Ba! Nawet na cmentarz się wybrałem, może nie tak piękny jak nasz, szczeciński, ale za to dane mi było pokłonić się idolowi z dzieciństwa – Bruce’owi Lee!

Kolację jemy w barze w centrum, tłum się kłębi, także i tu piwo leje strumieniami, muzyka miło pieści plecy. Tak, dokładnie w ten sposób to sobie wyobrażałem. Zupełny luz, zero krępacji… bary na całym świecie wszędzie są takie same. Chill out ponad wszystko. Wciąż daje mi się jednak we znaki różnica czasu, na zegarku jest 20, po naszemu to 4 w nocy, czuję się jakbym przetańczył ze trzy noce pod rząd. Pora chyba powoli iść do wyrka, oczywiście odkładam ten moment, odkładam, próbuję coś poczytać… ale o 21, zupełnie nieżywy zalegam na hotelowej pryczy, co niestety oznacza, że obudzę się o 4 rześki jak skowronek i z dziką radością powtórzę wczorajszy harmonogram.

Cztery dni minęły nie wiem kiedy i piątego dnia obudziłem się w Nowym Jorku. Tak to sobie zaplanowałem, poniekąd korzystając z okazji, że lot przez JFK był tańszy niż przez Frankfurt. Grzechem byłoby nie skorzystać z okazji, w Wielkim Jabłku mnie jeszcze nie było. Zapomniałem chyba tylko, że już jestem dziadkiem i bieganie po Manhattanie po nocy w samolocie, to może nie być rozwiązanie najbardziej komfortowe. Ale co tam… w końcu to New York! Śniadanie jem w typowej amerykańskiej knajpie, La Parisienne, tuż przy Wall Street. Miejsce przy barze, kawa, rogalik. Rachunek. Tutaj terminal pokazuje 20, 22 i 25% napiwku, zaglądam przez ramię co tam wciskają moi towarzysze zza baru. No nic… nawet się nie zawahali, więc i ja pomyślałem, że nie będę dziadował, już się przyzwyczaiłem. Pyk, 25%, ale jestem amerykansky! 😉

I tak od Mostu Brooklińskiego, przez Wall Street, 9/11 Memorial, Plac Waszyngtona doczłapałem się do Central Parku. Takiego miasta chyba jeszcze nie widziałem, zaczarowało mnie. Atmosfera, zieleń szykująca się do wiosennej eksplozji, schody pożarowe na zewnątrz budynków, no a przede wszystkim konfrontacja z filmowymi obrazami! Do tego prawdziwa wolność. Pełno dziwaków na ulicach, na których nikt nie zwraca uwagi. Drapacze chmur czarują, na Placu Waszyngtona porozstawiali się muzycy i koncertują. No jak nie przysiąść i nie posłuchać, szczególnie, że naprawdę dają radę! Zapach Manhattanu – przynajmniej do następnego razu – na bank będzie mi się kojarzył z zielskiem. Można tu się na legalu zaopatrzyć, zapalić, ostatecznie wdychać to co inni kopcą. Można też iść na hamburgera! Boże, od poniedziałku dieta ścisła, sama sałata, ewentualnie rzodkiewka. Przez ostatnie 5 dni zjadłem więcej hamburgerów niż przez ostatnie 3 lata łącznie, ale jakoś wyjątkowo mi podeszły:D Nie mogę przez to dopiąć kurtki, a zimno mimo słońca. Times Square, 5th Avenue, Broadway… idę, jaram się, jestem na równi podniecony, jak i zaskoczony swoimi własnymi odczuciami. Nie spodziewałem się, że Manhattan mi się tak spodoba, a tu proszę - fascynacja! Zegarek pokazuje 31500 kroków, buty (słabo przystosowane do takich spacerów) odcisnęły swoje piętno na moich stopach i to dosłownie. Pora wracać na lotnisko i kończyć delegację. Ale była zajebista!


Tymczasem!





100 wyświetleń0 komentarzy

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie

Patagonia

Cross USA

Comments


bottom of page