top of page
  • Zdjęcie autoraTomek

Patagonia

Zaktualizowano: 11 lut


14.01.2024 Buenos Aires

Łączymy dwa stoliki, zamawiamy omlety z serem, kawę i zupełnie spontanicznie zaczynamy rozmawiać o naszych podróżnych planach na... najbliższy rok. Tak, tak, właśnie rozpoczęliśmy wyprawę na koniec świata, raptem kilka godzin wcześniej wylądowaliśmy na międzynarodowym lotnisku Ezeiza w Buenos Aires, po 5 godzinach snu znów jesteśmy na lotnisku, ale zamiast skupić się na tym co tu i teraz, wybiegamy myślami w przyszłość. Taka to grupa, zapaleni i wiecznie nienasyceni podróżnicy. Ale właśnie wywołano nasz lot, pora w całości oddać się Patagonii.


14-17.01.2024 El Chalten

Z El Calafate do El Chalten jedziemy po stepie, drogą wijącą się wśród wypłowiałych traw, lazurowych jezior, meandrującej rzeki, a najpierw w lewej, potem już w przedniej szybie, na horyzoncie majaczą ośnieżone szczyty gór, które w najbliższych dniach będziemy doświadczać z bliska. Wzdłuż drogi ciągną się kilometrami płoty z drutu, wyznaczające granice olbrzymich rancz - te największe podobno mają nawet 80 tysięcy hektarów (4ha/owcę). To jedno wielkie pustkowie. Poza mijanymi od czasu do czasu autami, pojawiają się tylko stada wikunii, choć później dowiemy się że to były guanako. Całkiem sporo tych lam zawisło jednak na przydrożnym płocie, kończąc swój żywot w dość bezsensowny, bolesny i smutny sposób.

Chalten to wciśnięta gdzieś między pustynię, a lodowiec typowo turystyczna wioska. Choć turystyczna słabo koresponduje z naszym rozumieniem tego słowa, próżno tu bowiem szukać straganów, czy krzykliwych reklam, wszystko jest niskie, dość surowe i spokojne. Leniwe wręcz. Wyciszające. Owszem, w środku tych domków tli się życie, bo oprócz wielu piekarenek, pijalni piwa czy restauracji, znaleźć można takie wynalazki jak "gintoneria", co w wolnym tłumaczeniu oznacza pijalnię ginu z tonikiem. Serwowanego w różnych konfiguracjach. My zamawiamy z czekoladą i pomarańczą. Po dość długiej chwili dostajemy kielichy z brzegiem otoczonym czekoladą, z pływającymi w środku kawałkami skórki owoców kakaowca. Pięknie pachnie, jak zbliża się ten puchar do ust. Nie ma tam chyba jednak za dużo ginu, co wszelako jest dobrą wiadomością, bo nadmiar alkoholu i wędrówka po górach to nie jest najlepsze zestawienie. A przecież to właśnie żeby przedreptać te górskie ścieżyny tarabaniliśmy się na koniec świata. Co więcej, dość nieoczekiwanie rozpieszcza nas pogoda. Świeci słońce, nie ma chmur, jest ciepło. I tylko mocno wieje, choć Muti, nasz przewodnik w ciągu tych dwóch dni, mówi, że to żaden wiatr jest, że mamy szczęście. Jak rzeczywiście mocno wieje, dodaje, to czterdziestostopowe kontenery turlają się po miasteczku jak styropianowe kuleczki. Może go troszkę poniosło, może to mi gin nieco podkręcił wyobraźnię, ale bezsprzecznie pogoda nam dogadza. Tu, w Argentynie, w styczniu jest środek lata, a mimo to, tuż przed wyjściem w trasę pierwszego dnia, Muti bardzo nam rekomenduje, żebyśmy zabrali puchowe kurtki. Z naciskiem na bardzo, więc kurtki lądują w plecaku. Trasa pod Cerro Torre jest łatwa i malownicza, sam szczyt na tle błękitnego nieba - szczególnie kiedy odbija się w tafli jeziora - jest naprawdę piękny. Ta surowa przyroda cieszy oczy i choć po tych wszystkich latach podróżowania już może nie zaskakuje, to nieustannie odpręża. To 'droga jest celem' jak mówi stare argentyńskie 😉 przysłowie i przekonuję się o tym po raz kolejny. Drugiego dnia Muti dalej twierdzi, że mamy szczęście do pogody, choć tym razem lodowaty wiatr chce nam urwać głowy. I tak jak dzień wcześniej ściągaliśmy, tak dziś zakładamy warstwę po warstwie. Ostatnie podejście do Laguny de los Tres, ze średnim nachyleniem 40-45 stopni, to już walka człowieka z przyrodą i własnymi ograniczeniami (bo wymyśliłem sobie, że tam wbiegnę). Wiatr schłodzony lodowcem nas poniewiera i to dosłownie, ale pomijając wszystkie niedogodności, jak już się wdrapie na czoło moreny, to po prostu nie da się nie cieszyć tym widokiem. Co prawda Fitz Roy chowa się gdzieś w chmurze, tylko przez chwilę odsłaniając swe srogie oblicze, ale i tak stanąć oko w oko z tą słynną górą, z jej majestatem, jest świetnym doświadczeniem. Podobnie zresztą jak refleksja na temat ewolucji własnych potrzeb i wyzwań. Uświadomiłem bowiem sobie, z pewnym żalem jednak, że już mnie na sam szczyt w ogóle nie ciągnie. I obawiam się, że na to jest chyba tylko jedno określenie, i to medyczne: starość!


17-19.01.2024 El Calafate

Calafate to nazwa miejscowych jagód, które rosną tu wszędzie. Podobnie jak u nas przerabia się je na soki, dżemy, nalewki czy lody i sprzedaje praktycznie w każdym sklepiku na głównej ulicy. Bo w odróżnieniu od wioski sprzed kilku dni, w Calafate, mieścinie bez wyrazu, przemysł turystyczny już nadąża komercyjnie za resztą świata i oferuje wszystkie te potrzebne i niepotrzebne rzeczy, które turyści z zapałem kupują. W Chalten główną rozrywką było maszerowanie z plecakiem, ewentualnie gin z tonikiem wieczorową porą, tu dla odmiany można upolować magnes, szalik, kubek do yerba mate, czy piekącą się na wystawie zacnej restauracji jagnięcinę. Jest to też miasto - co tłumaczy jego bardziej komercyjny charakter - z którego łatwo, szybko i wygodnie dojeżdża się do jednego z najsłynniejszych lodowców na świecie: Perito Moreno.

Mówi się, że jedno zdjęcie oddaje więcej niż tysiąc słów, ale żadne ze zdjęć tego lodowca jakie widziałem, nie oddało jego piękna. To istny potwór, biało niebieski, stękający olbrzym ciągnący się po horyzont, skrzący się w świetle przebijającego zza chmur słońca. Jak oddać na zdjęciu trzask, pomruk, hałas odrywającej się i wpadającej do wody bryły lodu? No nie da się, to jest spektakl godzien najlepszych teatrów, a może nawet filharmonii, bo przecież ta nasza, szczecińska, właśnie swym kształtem górę lodową przypomina. Piękna rzecz - mam na myśli zarówno Perito Moreno, jak i naszą filharmonię - i właściwie nie dziwi mnie, że ludzie z całego świata tu pielgrzymują, przy okazji wydając w Calafate swoje ciężko zarobione pieniądze. Często pojawiają się głosy 'prawdziwych' podróżników wzdrygających się na masową turystykę, którzy z pasją i przekonaniem doradzają, że warto unikać tych zadeptanych cudów natury. Ale jak się z tym zgodzić? One może i są 'zadeptane' (choć akurat ścieżki i cała infrastruktura przy lodowcu jest przygotowana w sposób bardzo dobry), ale tak licznie odwiedzane są dlatego, że po prostu warto to zobaczyć i nacieszyć oczy. A przy okazji wesprzeć lokalny biznes. Kto wie jak długo jeszcze lodowiec będzie można oglądać. Ostatecznie świat się nagrzewa i co prawda Perito Moreno przez ostatnie sto lat był w balansie, ale podobno ostatnie pomiary wskazują na początek procesu cofania się lodowca. Czy to prawda nie umiem stwierdzić, ale profilaktycznie na pewno warto go umieścić na swojej liście Bucketa, i to na jakimś zacnym, wysokim miejscu.


19-22.01.2024 Puerto Natales

W podróży lubię przemieszczenie się. Poranne pakowanie bagażu, śniadanie, transport na samolot, pociąg, czy - jak dziś - na autobus. Entuzjazm i ekscytacja nowym miejscem. Wyszukiwanie w głowie obrazów, zdjęć, opisów i ich późniejsza konfrontacja z rzeczywistością. Zdarzają się też sytuacje nieprzewidziane. A to taksówkarz zapomni o połowie grupy, przejścia graniczne to też zawsze folklor i lokalny koloryt. I ktoś by powiedział, że to zmarnowany czas. A mi to dodaje mięsistości wyprawie, podkreśla jej smak. To doskonałe uzupełnienie czasu między zabytkami, czy - jak w tym przypadku - górami, trekkingami i cudami natury. 'To droga jest celem' jak mawia stare chilijskie 😉 przysłowie, nieprawdaż?

W Puerto Natales, już w Chile właśnie, trafiamy do hostelu, który z zewnątrz jakoś przesadnie nie zachęca do noclegu. I to wrażenie raczej nie zmienia się też w środku. Na powitanie jednak, sprężystym krokiem, wychodzi nam dziadek, z uśmiechem zaprasza do środka i prosi o wypełnienie danych meldunkowych na mocno naznaczonych historią kartkach. Na śniadanie, już następnego dnia, uraczy nas zimnymi, gumowymi goframi i... cudownymi bolerami, które brzmią jakby odtwarzane z patefonu. Tan miły pan sam zresztą wygląda jak gdyby w czasie, gdy Isolina Carrillo komponowała 'dos gardenias', czyli w 1945 roku, był już pełnoletni. I nie da się zaprzeczyć, ma to nawet w sobie trochę uroku, czuję się jak w jakimś starym filmie, o których z taką pasją opowiadał przed laty Stanisław Janicki. Ale jednak preferuję takie miejsca do spania, gdzie mam pewność, że nikt przede mną w założonej pościeli nie spał. Na drugą noc przenieśliśmy się do hotelu, gdzie nie było ani patefonu, ani patyny, ani starochilijskiego klimatu, ale wszystkie te niedostatki z nawiązką zrekompensowała pachnąca, śnieżnobiała i wykrochmalona pościel.

O ile Calafate było miastem tak nijakim, że pewnie za kilka tygodni nie będę w stanie odtworzyć żadnego szczegółu, to Puerto Natales w konkurencji przezroczystości bije je na głowę. Tu naprawdę można poczuć się jak gdzieś przy końcu świata. Szare ulice wypełnia porywisty, zimny wiatr i bezpańskie psy, które szczególnie upodobały sobie okolicę figury Milodona, maskotki miasteczka. Ostatecznie jednak nie na zwiedzanie miejskiej architektury się tu przyjeżdża - to stąd, odwiedzając po drodze jaskinię, w której wykopano skórę tego olbrzymiego leniwca, wyjeżdża się do Parku Narodowego Torres del Paine. Tym razem jednak nie chodzimy jakoś przesadnie dużo, bo choć po raz kolejny na tej wyprawie mamy szczęście do pogody!, to jednak bardzo mocno wieje, a i wiek ma swoje prawa😁 W okolice najpiękniejszych punktów widokowych w parku dojeżdżamy autem, skąd robimy krótkie spacery na podziwianie górskiego krajobrazu. Połączenie turkusowej wody, poszarpanych grani tego młodego górotworu, śniegu, lodowca, błękitnego nieba nie pozostawia miejsca na obojętność. To jest ładne, relaksujące i w pewnym momencie człowiek nasyca się tym błogostanem, bez żalu oddając się kolejnym przyjemnościom. Czy to jest chrupiąca pizza z pieca opalanego drewnem, wybornie przyrządzony morszczuk, czy... rejs po Lago Grey do trzech głów lodowca. Ten, nieco w odróżnieniu od Perito Moreno, wypełniony jest wewnątrz niebieskim światłem w taki sposób, jakby ktoś wewnątrz szczelin umieścił ledowe paski lub świeczki, jak zauważył Juan, nasz kierowca. Ten trójgłowy, siedemnastokilometrowy olbrzym niestety się kurczy. Na przestrzeni ostatnich 50-60 lat czoło cofnęło się o ponad 3 kilometry, i niestety nie jest w tym odosobniony. Według tablic na naszym stateczku, z 49 lodowców tu na południu 1 rośnie, 1 jest w balansie, a aż 47 się kurczy. Dość przygnębiającą statystyka. Ale za to Milodon jest wiecznie żywy i macha nam na pożegnanie, skrycie wycierając łezkę spływającą mu po stalowym policzku. Pewnie już nigdy więcej się nie zobaczymy, teraz pora na prawdziwy koniec świata, jedziemy na Ziemię Ognistą.


22-27.01.2024 Ushuaia

Przejazd z Puerto Natales do Ushuaia (z noclegiem w Punta Arenas) zajmuje nam dobę. To jest podróż pośrodku niczego, a nasz autobus to ledwo widoczny punkcik na ciągnącej się w nieskończoność wąskiej, asfaltowej wstążce. Od czasu do czasu mijamy olbrzymie stado owiec lub krów, pilnowanych przez gauczów. Na odrobinę cywilizacji trafiamy tylko wtedy, gdy musimy przeprawić się promem na drugą stronę Cieśniny Magellana. Potem, coraz bardziej na południe krajobraz się zmienia, jest więcej pagórków, później nawet gór i... zieleni. A gdy wjeżdżamy do Ushuaia to wręcz jestem w szoku. Przyjechaliśmy na koniec świata, na Ziemię Ognistą, spodziewałem się spalonej ziemi, mgły, bulgoczących gejzerów, diabłów biegających po ulicach. Tymczasem Ushuaia to spore miasteczko położone pomiędzy Atlantykiem i Pacyfikiem, z portem i centralną ulicą, na której skupia się cały turystyczny ruch. Powiedziałbym, że jest jak na Krupówkach w Zakopanem, ale bez tego góralskiego sznytu i hałasu. I właściwie można zacząć myśleć, że ta Ziemia Ognista to w zasadzie kraina pięknych górskich widoków, a nie żaden koniec świata... ale jednak o tym, że ów koniec świata ma znaczenie, będziemy przekonywać się przez kilka najbliższych dni. Rejs po kanale Beagle, żeby pooglądać pingwiny - odwołany. Ze względu na wiatr wiejący na styku dwóch oceanów zamknięto port i nie ma rejsów. Co więcej, od dwóch miesięcy nowym prezydentem Argentyny jest Javier Milei, któremu zamarzyła się terapia szokowa na gospodarce. Ludziom ten pomysł podoba się mniej i 24 stycznia związki zawodowe zorganizowały strajk generalny. Nie działa prawie nic, w tym lotnisko. Tak, tak... to właśnie na ten dzień mieliśmy zaplanowany powrót do Buenos Aires. Nie działają przejścia graniczne, w zasięgu 1000 km nie ma dostępnych lotów do Buenos, nic to... Lot nam przełożono na 27!, co ni mniej, ni więcej oznacza, że nie zdążymy też na lot do Europy. Co prawda uda nam się go przesunąć o jeden dzień za ułamek ceny nowego biletu, ale wygląda na to, że Buenos i Urugwaj będą musiały poczekać na inne, lepsze czasy😞 To też oznacza, że w Ushuaia, na tym wygwizdowie, będziemy kwitli przez 5 dni uskuteczniając jakieś trekkingi po okolicy, pomstując na biuro, że nie pomyślało, żeby ogarnąć jakiś sensowny plan B w odpowiednim czasie.

Te zastępcze treki są malownicze, las jest dziewiczy, mnóstwo jest dzikich koni, a Laguna Esmeralda jest ładna, ale podobnych widoków w Europie jest na pęczki, nie trzeba lecieć 14150 km, żeby zobaczyć jezioro i górę. No i jeszcze ta utracona szansa na tango w Buenos. Wiem, że to jest głupie, ale nie potrafimy się cieszyć tym co wokół, bo zatruwa nas to co tracimy. Na dodatek w piątek ma padać, a na ten dzień mamy przesunięty rejs po kanale. Czy może być gorzej?

Na czwartek mamy zaplanowany... trekking do lodowca Martial. Nie wywołuje to przesadnego entuzjazmu, ale coś trzeba robić. Na dzień dobry dostajemy jednak na whatsappie informację brzmiącą niczym chór anielski: zmiana planów, dziś płyniecie oglądać pingwiny, zbierajcie się! Czy to nie brzmi jak poezja? Okazuje się, że to będzie wyprawa składająca się z dwóch części. I to nie katamaranem razem z setką innych turystów, a pontonem w maleńkiej grupie. Rano płyniemy do osławionej biało-czerwonej latarni, potem na wyspę, gdzie się wygrzewają i chędożą lwy morskie, a na końcu, już bardziej na zachód, na mały kawałek lądu, z którego roztacza się piękny widok na upstrzony wysepkami kanał Beagle i otaczające to wszystko, pokryte śniegiem góry. Chciałoby się zatopić w tej chwili. Delikatny wiatr, słońce i ta sielankowa, piękna, choć tak daleka od moich wyobrażeń sceneria. To Ziemia Ognista, piekło niby, a to jakby raj jest. I gdyby ten dzień się skończył teraz, pewnie każdy z nas by poszedł spać z zadowoleniem. Ale to jest ledwie preludium. Po lunchu wsiadamy w busa i z Ushuaia mkniemy do maleńkiej osady Puerto Almanza. Tam dekujemy się na ponton i po 20 minutach ostrej jazdy przybijamy do wyspy, na której... witają nas tysiące stojących na brzegu pingwinów. Jakiż to rozkoszny widok. Półmetrowe szkraby we frakach maszerują wyniośle i z dumą, jak szanowany pan profesor matematyki z przedwojennego gimnazjum. Urwisy wyskakujące z wody na brzeg, domagające się jedzenia, czy ganiające za sobą jak dzieciaki na placu zabaw. Coś pięknego, wzruszającego, to dla takich chwil znosi się trudy 20 godzinnej podróży. Nie wiadomo czy robić zdjęcia, kręcić filmiki, czy tylko patrzeć i sycić oczy tym cudownym spektaklem. Piękno przyrody. Piękno podróżowania.

Trekking na lodowiec Martial nas jednak nie ominie. Biuro stanęło na wysokości zadania i na te dodatkowe, nieplanowane dni w Ushuaia zakwaterowało nas w porządnym hotelu, tuż przy szlaku na lodowiec. No i mimo fatalnej prognozy... nie pada. Nie mamy wymówki zatem. Co prawda mówimy sobie, że podejdziemy tylko do pierwszego punktu widokowego, dosyć tych trekkingów!, ale... być tak blisko i nie dotknąć lodowca? Dziewczyny spacerkiem realizują swój plan, a ja, niewyżyty świr, wbiegam na górę. Bez sportu nie umiem żyć. Sam lodowiec, w porównaniu z tymi poprzednimi, to jakieś oszukaństwo, raptem zbity śnieg jak w Tatrach latem. Ale za to trening dobry. A wracając, na podejściu, spotykam Pawła. Też nie mógł sobie odpuścić 😉


27-28.01.2024 Buenos Aires

Patagonia jest rozległą krainą, jej atrakcje rozrzucone są na dużym obszarze i to sprawia, że trudno się ją odkrywa. Żeby zajrzeć we wszystkie zakątki trzeba sporo i daleko pojeździć. Ten rodzaj podróżowania mi odpowiada, choć to nie jest tak, że człowiek wzdycha czy chrumka z zachwytu co pięć minut. Tu się odpoczywa inaczej, wolniej. Cerro Torre, Fitz Roy, Perito Moreno, pingwiny. Codzienne lekcje hiszpańskiego. Wieczorne Polaków rozmowy przy winie. Dawno nie czułem się tak odprężony. Jak to mawia mój domowy klasyk, nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło, i te przymusowe pięć dni na końcu świata okazało się dobrym uzupełnieniem intensywnych dni w drodze z Chalten do Ushuaia. Szczególnie, że właśnie podchodzimy do lądowania w stolicy, zdążymy na wieczór z tango, no a jutro mamy cały dzień na to, żeby jeżdżąc komunikacją miejską liznąć odrobinę tego boskiego Buenos.

Także i tu spotykamy pingwiny. Wiem, że może się to wydawać dziwne, ostatecznie jest ze trzydzieści kilka stopni, ale jednak. I szalenie mi się to spotkanie podoba. Siedzimy w restauracji przy cmentarzu Recoleta, i obsługują nas panowie w wieku okołoemerytalnym, w sztywnych, wykrochmalonych koszulach i kamizelkach, które bardzo ładnie symulują frak. Wyprostowani, dumni, klasa po prostu. Bardzo to kontrastuje z naszą polską rzeczywistością, bo u nas kelnerami są w przeważającej mierze studentki lub studenci, młodzież w każdym razie, a nie wykształceni w tym kierunku, doświadczeni i dojrzali panowie. Zresztą takich ciekawostek okołogospodarczych jest w Argentynie sporo. Oficjalny kurs dolara ma się nijak do tego rynkowego, zdawać by się więc mogło, że kantory czy cinkciarze będą stali na każdym kroku. Otóż nie, dolary na peso wymienia się trudno, i do tego są limity. Zresztą zapłata 100 USD w lokalnej walucie to stubanknotowy zwitek. Inflacja sięga 200 procent i wciąż rośnie. Stefan, nasz przewodnik po Buenos, mówi, że za jego życia denominacji było już kilka, łącznie obcięto, bagatela, 12 zer!

W tak dużym mieście nie da się obejrzeć wszystkiego w jeden dzień, ba, nawet to liźnięcie jest bardzo delikatne, choć oczywiście główne atrakcje miasta udało nam się zobaczyć. Nawet do muzeum trafiliśmy, żeby na Van Gogha rzucić okiem. Pozostał jednak spory niedosyt, więc kto wie, może kiedyś, przy okazji podróży do Brazylii na przykład (inshallah!), jeszcze do tego Buenos wrócę. A już jadąc autem z Berlina do domu słuchaliśmy 'raportu o stanie świata', w którym akurat była rozmowa o Argentynie. I mówią tam o stepie, strajkach, inflacji, i wszystko to jakby żywe, jakby własne. Widzisz ten step, przypominasz sobie te wyschnięte guanako na płocie, plecak pełen pieniędzy po wymianie trzystu dolarów. Podróżować, podróżować jest bosko!


Tymczasem!



247 wyświetleń2 komentarze

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie

2 Comments


Agnieszka Skrzypczak
Agnieszka Skrzypczak
Feb 03

Dokladnie tak... podróżować jest bosko! Dziękuję!

Like
Tomek
Tomek
Feb 04
Replying to

De nada 😉

Like
bottom of page