top of page

Tour de Chorwacja

Zaktualizowano: 25 mar 2023


Nie chciałbym zabrzmieć patetycznie, szczególnie na początku wpisu, ale urlop w naszym rodzinnym życiu to kwestia fundamentalna. I to nawet nie chodzi o sam wyjazd i ekscytowanie się wolnym czasem, nowymi miejscami czy lazurem wody. To jest po prostu nasz wspólny czas, wyrwany z chciwych szponów przytłaczającej i pędzącej w zawrotnym tempie codzienności. Urlop w familijnym gronie musi być i basta! A jeśli do tego uda się go spędzić w jakimś ciekawym zakątku świata, to już nic nie może się z tym równać. Tylko który z tych zakątków wybrać? Greckie wyspy są doskonałe, ale rok po roku jakoś nam nie pasowało. Jest tyle fajnych miejsc w najbliższej okolicy, że trudno się zdecydować na ten jeden, konkretny. Kryteria były dwa: pogoda i brak rozwrzeszczanej hordy turystów w bezpośrednim sąsiedztwie. Innymi słowy ma być ciepło, słonecznie, cicho i spokojnie. Chorwacji się troszkę obawiałem, ale jak się okazało zupełnie niepotrzebnie.

Wypad podzielony został na dwie części: krajoznawczą i mniej krajoznawczą. A że zwiedzanie miast bardzo lubimy to nie wypadało zacząć inaczej, niż w Zagrzebiu. I był to klasyczny city break w podróży, w ciągu paru godzin udało nam się zobaczyć to i owo, ale przede wszystkim rozprostować członki, bo korki w Słowenii potrafią dać się we znaki. Jednak tak naprawdę prawdziwy start nastąpił dzień później.

Plitvickie jeziora są sławne, choć opinie mają różne: wspaniałe i cudowne vs. przereklamowane i w sumie nic takiego. W każdym razie były na naszej liście must see i oczywiście nie mogło ich na trasie zabraknąć. I całe szczęście! Bo to był świetny spacerowy poranek. Dotarliśmy do parku na samo otwarcie, dzięki czemu udało się uniknąć tłumów i doprawdy nie potrafię zrozumieć malkontentów, krytykujących to miejsce. Oczywiście, nie są to najwyższe wodospady świata, ba, momentami czułem się jak nad naszym jeziorem Szmaragdowym, ale widoki naprawdę cieszą oczy. Spacerowanie po kładkach tuż nad taflą jeziora, bajeczne kolory, soczysta zieleń, przyjemny chłodek, rejs łódką... Ten sześciogodzinny spacer to był naprawdę miły początek wakacji. Szczególnie, że następnego dnia zawędrowaliśmy to Parku Narodowego Krka. I tu już nam się aż tak bardzo nie podobało, ale może to efekt tego, że jakoś tłumnie było. Z tego względu zrezygnowaliśmy z kąpieli przy wodospadzie Skradinski Buk, nadrabiając to na plaży w Šibeniku, a do Klasztoru Visovac dotarliśmy autem.

Kiedyś mieliśmy okazję brać udział w spływie pontonami w kanionie Koprulu na terenie Parku Narodowego w górach Taurus. W ciągu 4 godzin było mnóstwo śmiechu, dobrej zabawy i zatrzęsienie pięknych widoków. Zatem jeszcze w domu zaplanowaliśmy, że po wizycie w Trogirze i Splicie (o których przeczytasz tu), głównym punktem planu na Dalmację będzie rafting po Cetinie koło Omiša. I okazało się, że to był bardzo dobry ruch. W końcu ile można jeść i pić, kiedyś trzeba też tę energię spalić. A jak sobie człowiek powiosłuje przez kilka kilometrów w rześkiej wodzie, przepłynie w pontonie przez parę uskoków to później... nie ma siły żeby sztućce trzymać, więc jest i dietetyczne i tanio. A to miało mieć znaczenie, bo nadjeżdżaliśmy do Dubrownika.

Przymiotniki określające to miasto wywoływały u nas spore podniecenie, bardzo byliśmy ciekawi konfrontacji naszych oczekiwań z rzeczywistością. Spaliśmy w Zatonie, w cudownym apartamencie na chorwackiej wiosce. Na dzień dobry od gospodarzy otrzymaliśmy garść pomocnych wskazówek, a jedną z nich była cena parkingów w pobliżu starego miasta. 5-6 EUR za godzinę skutecznie zniechęciło nas do jazdy autem i zdecydowaliśmy się na komunikację publiczną. Okazało się to rozwiązaniem bardzo wygodnym, a po kilku godzinach zwiedzania wręcz zbawiennym! Już dawno piwo nie smakowało mi tak bardzo, jak po zejściu z murów okalających stare miasto. Upał był tak niemiłosierny, że po 2 godzinach na tej patelni zimne piwo było prawdziwie boskim wybawieniem. A sam Dubrownik? Tak, zdecydowanie podpisuję się pod określeniem, że to perła Adriatyku. Stare miasto jest zjawiskowej urody. Nieczęsto mi się to zdarza, ale złożyłem propozycję, że koniecznie musimy się tu wybrać raz jeszcze na jakiś romantyczny weekend. Szczególnie, że kolejnego dnia zamiast napawać się pięknem Dubrownika, po porannym plażingu, wybraliśmy się do Kotoru. Ochom i achom nie było końca już po drodze, kiedy objeżdżaliśmy Bokę Kotorską. Najdalej na południe wysunięty fiord w Europie jadł nam oczywiście z ręki, a gdyby nie fakt, że tym razem przyjechaliśmy autem, jestem przekonany, że piwo byłoby jeszcze lepsze niż dzień wcześniej. Dlaczego? Otóż w tym (cudownym) upale weszliśmy do górującej nad miastem twierdzy św. Jana. 1500 schodów, 38 stopni w cieniu, a wchodzi się w pełnym słońcu. Sama twierdza to 'kamieni kupa', ale widok z góry.... to prawdziwe cudo! Pół godziny później byliśmy z powrotem na starówce, która - choć mniejsza niż w Dubrowniku - także jest bardzo urokliwa. Tydzień w trybie krajoznawczym, a w szczególności trzydniowy pobyt w Zatonie to była zaledwie przygrywka do błogiego lenistwa. Po półgodzinnym rejsie promem zameldowaliśmy się na lawendowej wyspie HVAR. I dopiero tutaj czas gwałtownie zwolnił...

Zacznę od tego, że mieszkaliśmy na wiosce, mniej więcej dwa kilometry od jednego z głównych miast na wyspie (choć to sformułowanie może troszkę przekłamywać przekaz, bo na całej HVAR mieszka może z 10 tysięcy ludzi). Kilkanaście minut pieszo od naszego apartamentu, idąc iglastym laskiem była plaża, Žukova, i jak tylko do niej dotarliśmy już wiedzieliśmy, że lepiej trafić nie mogliśmy. Kryształowa, lazurowa woda, leżanki skalne i raptem kilka osób. Raj po prostu. A z każdą kolejną chwilą było nawet lepiej. Stari Grad to senna, szalenie urokliwa mieścina. Domy z jasnego kamienia, sodowe lampy, knajpka na knajpce. I właśnie ta pierwsza kolacja szczególnie utkwiła mi w pamięci. Dziewczyny zamówiły jakieś makarony, mi też zdawało się, że zamówiłem "jakiś" makaron z owocami morza. Zanim wjechały na stół dania główne oczywiście uraczono nas oliwkami, suszonymi pomidorami, chrupiącą bagietką. I już ten zestaw wystarczy nam do poczucia szczęścia, ale przecież przed nami jeszcze te makarony. Dziewczyny mówiły, że ich były dobre. Ale mój...

Teraz chwilowo żałuję, że nie mam zwyczaju fotografowania swoich posiłków. To było coś nieprawdopodobnego. Najpierw dostałem zestaw narzędzi do owoców morza, w tym szczypczyki i inne widelce, co już mnie zastanowiło. Wszelako zamawiałem makaron. No i go dostałem - raptem kilka, no może kilkanaście nitek, ale za to przykryty kopiastą hałdą muli, krewetek i innych frykasów, przyozdobiony kawałem homara. To był najlepszy makaron, jaki jadłem w życiu... troszkę się przy tym brudząc. Mój biały obrus był również w ciapki, szczęśliwie jednak przemiła pani kelnerka nie robiła ze mnie żadnej beki, tylko raz dwa przyniosła mini obrusik i dodatkową bagietkę ze słowami: proszę tylko pokosztować tego sosu co został, bo to niebo w gębie. I rzeczywiście, palce lizać. Choć najadłem się tak, że złożyłem uroczystą przysięgę, że kolejnego dnia nie jem śniadania! Szczęśliwie na odchodne pani zaserwowała nam po kielonku rakiji, dokładnie zwiedziliśmy miasto w ramach wieczornego spaceru i rano, jak młody Bóg, byłem gotowy aby stawić czoło śniadaniu. Z nieskrywaną przyjemnością wręcz!

Bo śniadania to, co by nie mówić, też wydarzenie. W domu biesiadujemy tylko w niedziele, bo w tygodniu zawsze jesteśmy w niedoczasie. Jadąc na city breaki lubimy śniadać w barach, bo wtedy od razu chwytamy klimat miasta. Ale na wakacjach dzień jest długi, pod domem pekarnica, a lokalny targ oferuje takie frykasy, że na samą myśl ślinka cieknie. Jak się dobrze przyjrzeć, to wypatrzyć można pomidory przed chwilą zerwane z krzaka (które może nie wyglądają, ale pachną z daleka), wiadro świeżo przyniesionych winogron (które może nie są największe, ale słodyczą powalają), czy inne przysmaki dojrzewające w przydomowych ogródkach. I jak tu nie biesiadować?

Słońce praży, cykady wrzeszczą, gdzieniegdzie kogut pieje. Jeszcze tylko kilka stron książeczki i można ruszyć czy to na Žukovą, w poszukiwaniu winiarni czy na znajdujące się w pobliżu Wyspy Paklińskie. My popłynęliśmy na Palmižanę. Nie mogę powiedzieć, że to niefajne miejsce, ale jednak odpoczywanie w tłumie to nie było to, na co mieliśmy szczególną ochotę. Podobnie jednak z samym miastem Hvar - jest ładne, również kamienne, a jednak do nas nie przemawia. Może już jesteśmy za starzy, a może po prostu bardzo, bardzo chcieliśmy ciszy i spokoju. Hvar oferuje jednak całą masę rozrywek, przyciągając tłum młodych ludzi, którzy być może ciszy będą poszukiwać za kilkanaście lat. A teraz po prostu są wesołą, rozwrzeszczaną i nie do końca trzeźwą masą ludzi. Niemniej jednak, coś z tej wycieczki zostało. Siedząc na burcie z byłym żołnierzem chorwackim ten zachęcał nas, prawie pod groźbą kar cielesnych, że koniecznie musimy kiedyś odwiedzić sąsiednią Korčulę, a stamtąd popłynąć do Parku Narodowego Mljet. I pisząc te słowa już wiem, że następne wakacje spędzimy właśnie tam!

No tak, ale będąc na Hvar i nie wspomnieć o winach to jak nic nie napisać. Przywieźliśmy ze sobą dwa kartony tych trunków, kupując je u lokalnych winiarzy, a w pamięć zapadła szczególnie jedna z winnych wypraw. Aby dostać się na południową część wyspy (do miejscowości Ivan Dolac, Sveta Nedjelja itd.) trzeba przejechać w wydrążonym ręcznie!, 1,5 kilometrowym tunelu. Zero świateł, asfalt zacnie już wyszczerbiony, fajne przeżycie. Po drugiej stronie góry czeka już winne eldorado, gdzie co kawałek można podelektować te wspaniałości, a jeśli smakuje... nabyć drogą kupna. W przerwach między jednym a drugim straganem, dobrze robi chwila na plaży, i nie wiadomo kiedy a dzień minął. Co gorsza, nie wiadomo kiedy minął cały tydzień! Zapach oregano i lawendy towarzyszący każdego dnia. Poranna kawa w barze z książką w ręku. Jednego wieczora Jelsa, innego Vrboska, ale to Stari Grad był "naszym" miejscem. Wszędzie wyborne jedzenie, doskonała atmosfera. Żal było pakować walizki, potem prom i dwie godziny później znów byliśmy w Splicie, skąd prostą drogą do... Rovinj.

Choć spaliśmy w Motovun. I to nie byle gdzie, ale na samym szczycie, w kamiennym domu na 2 piętrze, który na wyposażeniu miał lornetkę. Widoki były niespotykane, ale i tak piękno tego miejsca najlepiej widać stojąc kilka kilometrów od miasteczka. To stamtąd widać jego całą tajemnicę i majestat. I to będąc na tej górze przytrafił nam się jeden, jedyny deszczowy dzień. Ogromna burza, która w 30 minut wylała tyle wody, że bałem się, że nam auto spłynie te dwieście kilkadziesiąt metrów w dół. Nie spłynęło, po 30 minutach po deszczu nie było już śladu, a my znów jedliśmy przepyszną strawę, zapijając ją wiśniową nalewką. Byliśmy w niebie!


Tymczasem!




5 wyświetleń0 komentarzy

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie

Comments


bottom of page