top of page

Szwajcaria w czasach korony

Zaktualizowano: 24 mar 2023


Byliśmy na starym mieście w Lucernie, gdy słońce zaczęło chylić się ku horyzontowi. Długie cienie goniły nas po starówce, kolorowe kwiatki zawieszone na Kapellbrücke nabierały pomarańczowej poświaty, a na ulicach pojawiło się trochę więcej osób. Po niezbyt intensywnym spacerze przycupnęliśmy w jednej z knajpek nad brzegiem rzeki. Jak byliśmy tu po raz ostatni, 27 lat temu (sic!), o takiej przyjemności nawet nie śmieliśmy marzyć, ówczesny budżet na jedzenie starczał na bułkę i jogurt, i to tylko dzięki temu, że nocleg urządziliśmy sobie w "maluchu". A dziś na stół wjechały tarty flambée, chrupiące placki bardzo przypominające pizzę, przyozdobione soczystą zielenią rukoli, w towarzystwie schłodzonego, orzeźwiającego rieslinga. Chyba dopiero w tym momencie mięśnie karku poluzowały swój nieprzyjemny uścisk i włączył mi się tryb urlopowy, trochę późno w tym roku. To pewnie z powodu tego "opóźnienia" wcześniejsze półtora dnia w Zurychu spędziłem bez szczególnych uniesień, nie licząc - oczywiście - spotkania z Van Goghiem w galerii Kunsthaus, bo on zawsze dostarcza mi mocnych wrażeń. No chyba, że to deszczowa aura nie pozwalała się w pełni odprężyć w Zurychu. Albo covid, bo w sumie do końca nie było wiadomo, czy uda się pojechać, czy gdzieś na granicy nie okaże się, że Polacy muszą trafić do obowiązkowej kwarantanny. A może dlatego, że ta szwajcarska wycieczka to jednak tylko na zastępstwo, w zamian za planowane od wielu tygodni podróżowanie z dala od europejskich szlaków. W każdym razie jak już żelazny uścisk z karku odpuścił, to wszystko nabrało nowych, bardzo intensywnych kolorów. Szczególnie, że wyjeżdżamy za miasto, a cały magnetyzm Szwajcarii tkwi przede wszystkim w przyrodzie. Zieleń zdaje się być podkolorowana, wodospady spadające z kilkudziesięciometrowych skał czarują turystów, a pojawiające się gdzieniegdzie ośnieżone wierzchołki tylko dodają pikanterii. Na jednym z nich zresztą się dziś meldujemy. (Klein) Titlis, szczyt w Alpach Berneńskich, wznosi się na ponad 3 tysiące m n.p.m. i oferuje spektakularne, niemalże zimowe widoki na niezliczoną ilość wierchów. Właściwie to chciałoby się tylko patrzeć i zatopić w tej rozkosznej scenerii, a tu kusi krioterapia w jaskini lodowej, a i deser zapowiada się smakowicie: spacer po - zawieszonym nad urwiskiem - moście linowym. Z ażurową podłogą, żeby wrażeń było więcej.

I choć poszarpane, obsypane śniegiem granie robią naprawdę duże wrażenie, to dopiero trekking nad Jeziorem Oeschinen sprawia, że alpejskie ścieżki zaczynamy odczuwać również innymi zmysłami. Mimo, że jesteśmy na 1500 metrów jest bardzo gorąco, słońce pali niemiłosiernie, a pot płynie po plecach wartkim strumieniem. Różnica poziomów na naszej trasie to zaledwie 600 metrów, ale sceneria jak z reklamy jakiejś markowej czekolady. Krowy pasą się na nieprzyzwoicie zielonej trawie, w dole absurdalnie nierzeczywiste, turkusowe jezioro, a ponad nami trzyipółtysięczniki obsypane śniegiem, z których co rusz po skalnej ścianie spływa wodna kaskada. I do tego sama trasa poprowadzona w taki sposób, że ani przez chwilę nie ma nudy. I ten widok, co zachwyca swym bezwstydnym pięknem. Zdarzy się jakaś chybotliwa, aluminiowa kładka, czasem nawet jakaś lina do asekuracji, choć chyba raczej tylko proforma. No i prawie w ogóle nie ma ludzi, można zostawić za sobą cały świat i w beztroskim stanie kontemplować otaczającą przyrodę. A lunch w takiej scenerii? Czy może być coś lepszego niż wniesiony na plecach kawałek sera, precel i sok popijany prosto z butelki? A to wszystko zaserwowane na polanie, na kamieniu, tuż pod powiewającą nad urwiskiem czerwoną flagą z białym krzyżem. Aż się nie chce wracać, choć chyba jednak warto, bo na dole na przepoconych wędrowców czeka już oszroniony kufel zimnego piwa. Co więcej, nie ma na co czekać - na rozpamiętywanie tych miłych chwil przyjdzie czas w długie zimowe wieczory. Road trip ma przecież to do siebie, że po jednej atrakcji przychodzi kolejna, po niej następna, a każda serwuje inne przyjemności.

Na starym mieście w Bernie zjawiamy się w sobotni poranek i, w przeciwieństwie do Lozanny i Genewy gdzie byliśmy wcześniej, oczarowuje nas od pierwszej chwili. Okala je rzeka Aare z dość wartkim nurtem, z czego skwapliwie korzystają mieszkańcy. Pakują swoje ciuchy do sea baga, wrzucają worek do wody, dają nura w zielonkawą toń i jak na kole ratunkowym w lazy river płyną na drugą stronę starego miasta. Może nawet do pracy - czyż to nie jest doskonałe rozpoczęcie bankowego dnia? My jednak w skąpym odzieniu zagłębiamy się leniwie w jego uliczki. Po obu stronach głównej ulicy nieliczni mieszkańcy chowają się przed słońcem pod arkadami, a wzrok przykuwa cały szpaler dyndających spokojnie flag. W jednej z kamienic można zajrzeć do mieszkania Alberta Einsteina, w innej na wystawie wodzą na pokuszenie ogromne tafle czekolady. Tłumek troszkę gęstnieje, pojawiają się kramy z pachnącym pieczywem, kuszącymi oczy serami, oliwkami, mięsiwem! Ale największe nagromadzenie straganów znajduje się przed... budynkiem parlamentu. Jakże to kontrastuje z naszą sztywną, nadętą i posępną rzeczywistością. Nasza napuszona do granic zdrowego rozsądku władza ustawia bariery, tutejsza zaprasza mieszkańców tak blisko, jak się tylko da. Można? Pewnie że można, wystarczy otworzyć się na współobywateli z sympatią.

Poza Bernem i Lucerną miasta raczej mnie nie uwodzą, co innego wioski i małe mieścinki. Swoimi dziełami sztuki na kamienicznych elewacjach oczarował mnie Stein am Rhein, a teraz jesteśmy w Epesses, w regionie Lavaux, kto wie czy nie najpiękniejszym nad Jeziorem Genewskim. Ten niewielki obszar usiany winnicami i wtopionymi w krajobraz wioskami wpisany jest na listę UNESCO. Przez uliczki z trudem przeciska się ledwo jedno auto, jaskrawoczerwone pelargonie zdobią okiennice kolorowych kamienic, a winne tarasy stromo opadają do jeziora i chłonąc słońce odbijają całą masę pozytywnej energii dla zbłąkanych turystów. A wszystko to na tle wysokich gór okalających jezioro. Sceneria jak z pocztówek, zresztą takie odczucia mam nie po raz pierwszy, i jak się później okaże, nie po raz ostatni. Szwendamy się po tej Szwajcarii, kontemplujemy górskie krajobrazy, momentami wręcz dostając oczopląsu. To gdzieś jakiś samotny zamek lub kościół pręży się na wzgórzu, to tryskają ze zbocza wodospady, a w dolinie Rodanu winorośle kłują w oczy błyszczącą zielenią. A wszystko to w otoczeniu strzelistych turni i bez tłumu ludzi. Może to przez ogólnoświatową korona-panikę, może ze względu na ceny, które raczej nie rozpieszczają.

W poniedziałek, dla kontrastu, odwiedzamy dwa inne kraje. Przed południem pnąc się po plątaninie serpentyn wjeżdżamy na wysokość mniej więcej Rysów, na Wielką Przełęcz Świętego Bernarda (2469 m n.p.m.). Obchodzimy leżące na granicy jezioro, na deser fundując sobie kawę (za jedno EUR, a nie 3-4 jak w Szwajcarii) i chałupniczo przygotowywane tiramisu. W ogóle patrząc na to włoskie jedzenie człowiek tylko przełyka ślinkę żałując, że śniadanie jeszcze nie zrobiło miejsca na fondue czy inne frykasy. My tu biesiadujemy w knajpce, a błękitne niebo bardzo szybko pokrywają ciemne chmury. Do auta wsiadamy w deszczu i w podobnej aurze z niego wysiadamy, żeby obejrzeć potężną, wysoką na ponad 250 metrów zaporę wodną Mauvoisin. Deszcz się nad nami lituje, ale wejście na tego giganta bardzo zaostrza apetyt, więc na szybką kolację, przez przełęcz Col des Montets, pojechaliśmy do Francji, na deptak w Chamonix. Co prawda Mont Blanc ukrył się w gęstej pierzynie z chmur, ale przynajmniej wystawił nam swój wielki, lodowy jęzor. Choć trzeba przyznać, że turystów on nie odstrasza. Kurort przyciąga tysiące miłośników górskiego klimatu i dopiero tu, po raz pierwszy tak naprawdę poczuliśmy, że w te wakacje to koronawirus rozdaje karty. Na pięknie ukwieconym, malowniczym deptaku tłum jest bardzo gęsty i wszyscy karnie paradują w maseczkach.

Czy ja kiedyś wspominałem, że uwielbiam road tripy? Wieczorem oglądaliśmy masyw Mont Blanc, a już za chwilę jesteśmy w Zermatt i podziwiamy chyba najsłynniejszą alpejską górę: Matterhorn! W mieście w ogóle nie ma ruchu samochodowego (poza hotelowymi "melexami") i żeby się do niego dostać zostawiamy auto na parkingu w Täsch, a stamtąd jedziemy kolejką. Miasto od pierwszego momentu serwuje wakacyjną atmosferę, a wielki, samotny, spiczasty wierzchołek Matterhorn (4478 m) towarzyszy nam przez cały dzień. Wygląda jak dymiący wulkan, kawałek chmury oparł się o szczyt odsłaniając go na zaledwie kilka sekund, by po chwili łapczywie znów go pożreć. Infrastruktura turystyczna oferuje gościom kilka możliwości na oglądanie tego olbrzyma. Decydujemy się na kolejkę na Gornergrat (3089 m), wyskakujemy na Rotenboden żeby uwiecznić odbicie Matterhorn w Jeziorze Riffel. Uff, udało się, godzinę później byliśmy już na samiutkim szczycie. Co tu się nie dzieje, lodowe jęzory przyciągają spojrzenia na długie minuty, ale najbardziej podglądamy rowerzystów, którzy na złamanie karku pędzą w dół. Boże, co za piękna kraina, jak ten czas szybko pędzi. Chciałoby się dłużej, uszczknąć coś z nocy, tymczasem... kościelne dzwony budzą nas w Saas Fee.

Otwieramy oczy, a ponad skołataną pościelą i dachami starych, drewnianych domów wznosi się kawał innej, pokrytej śniegiem i lodem góry. To jeden z czterotysięczników okalających mieścinę. W ogóle mam wrażenie, że te wszystkie olbrzymy są na wyciągnięcie ręki, że wręcz napierają na schowany w dolinie kurort. Po południu, jak będziemy schodzić z jednego z nich (Längfluh, 2639 m) okaże się, że to musi być baaaardzo długa ręka. Zanim jednak zejdziemy, trzeba wjechać na górę. Po raz kolejny jestem pod wrażeniem szwajcarskiej infrastruktury - Alpine Express zabiera nas na 3,5 tys. m n.p.m., a ostatnie 950 metrów (różnicy poziomów) pokonuje się tunelem wykutym w skale, jak w jakiejś kopalni.

Na szczycie... setki narciarzy, którzy w sierpniowe, upalne lato szusują na nartach aż miło. Pojawiają się turyści w rakach i z czekanami w plecaku. Ich cel to Allalinhorn (4027), który pięknie nam się prezentuje na tle błękitnego nieba. My odpuszczamy, nasze ubezpieczenie nie obejmuje wspinaczki wysokogórskiej:D Za to udajemy się na polowanie! Wyposażony w słusznych rozmiarów sprzęt zakradam się, czołgam, układam w trawie, celuję, strzelam... i jest! Od razu sukces. Świstak pięknie prezentuje się na zdjęciu. Za chwilę okaże się, że mogę do nich podejść na metr więc i komórka daje radę.

W trybie urlopowym wszytko wokół mi się podoba. Ale są i takie momenty, że wysyp endorfin jest tak gwałtowny jak letnia burza. Czasem wystarczy coś dobrego do zjedzenia, czasem uda się zrobić fotkę, w której wszystko jest na swoim miejscu, a czasem trzeba się trochę pomęczyć w górach, by stanąć na wierzchołku i zamruczeć sobie pod nosem: YES! Poza tym, pełnia szczęście wpada jak niezapowiedziany gość. Najpierw był Titlis i wydawało mi się, że osiągnąłem ten poziom wakacyjnej radości, że właściwie nic mi więcej nie potrzeba. To za chwilę strzeliłem streetową fotkę w Bernie, a nieco później w upale obchodziliśmy Oeschinensee i moja krzywa szczęścia pięła się w górę razem ze szlakiem. Kiedy z plecakiem na garbie biegłem do jeziora, żeby uchwycić w nim odbicie Matterhorn myślałem, że w czasie tego wyjazdu już nic bardziej mnie nie uraduje.

Tymczasem 2 dni później, czyli właśnie dziś, przebiłem ten szklany sufit i szczęście eksplodowało jak fajerwerki w sylwestra. Jedziemy podziwiać najdłuższy, 23 kilometrowy lodowiec w Alpach, Aletschgletscher. Pogoda dopisuje, energia rozpiera, niemalże wbiegam na Bettmerhorn (2872 m, wiem, wiem - wariat). Co za bajeczne widoki, długaśny jęzor lodowca wygląda jak tor saneczkowy, a może nawet profesjonalna trasa zjazdowa do slalomu giganta. Skaczemy po grani, jeden szczyt, drugi, by po chwili, nieco na okrętkę, oglądać tę skalną ścieżkę z innej perspektywy, z Eggishorn (2926 m).

Sankt Moritz kojarzyło mi się z jedną z najbardziej znanych miejscówek w całej Szwajcarii. Może i jest znana, ale w ogóle nie trafiła w mój - niezimowy i nienarciarski - gust. Być może w wyobraźni napompowałem swoje oczekiwania, ale w ogóle mi się nie spodobało. Zupełnie na drugim biegunie znalazło się za to Sankt Gallen. Nie spodziewałem się niczego, nie miałem żadnych oczekiwań, a urzekło mnie bardzo. Kolorowe budynki starówki i wykuszowe okna prezentują się okazale, ale spore wrażenie robi wnętrze i eksponaty opackiej biblioteki. Przed katedrą, na trawie klasztornego dziedzińca piknikowe koce rozkładają rodziny i delektując się letnią pogodą wypoczywają po trudach tygodnia. Taki wypoczynek przyda się i nam, bo po dwóch tygodniach intensywnej wycieczki przez Helvetię też zasłużyliśmy na relaks:)

Szwajcaria jest zmienna i już nawet nie chodzi o krajobrazy czy języki. Jesteśmy w pobliżu Niemiec, jest jak w Niemczech, jesteśmy w kantonach francuskojęzycznych, no wypisz wymaluj Francja, dla odmiany na południu, blisko granicy z Włochami... o Mamma Mia! Gdyby nie ceny w sklepach doprawdy można by mieć wrażenie, że spacerujemy nad Jeziorem Garda na przykład. Nawet sposób jazdy kierowców jest odmienny, tu w okolicach Locarno i Lugano wszystko jest śpiewne i swobodne, podczas gdy np. w okolicach Zurychu raczej dostojne i poukładane. 27 lat temu Szwajcaria nas zachwyciła, mimo że byliśmy tu raptem 2 dni i to w miastach. Przede wszystkim jednak, widoczna była przepaść między naszym krajem rajem, a cywilizacją. Szokiem było wszystko, począwszy od sklepów, przez samochody, po ceny, i to chyba nawet przede wszystkim. A dziś? Ceny dalej są oczywiście wyższe, choć różnica nie jest już dramatyczna, ale reszta kwestii cywilizacyjnych aż tak bardzo się nie różni. Tylko alpejska przyroda niezmiennie poraża swym pięknem.


Tymczasem!




9 wyświetleń0 komentarzy

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie

Comments


bottom of page