top of page

Sztuczna z Porto

  • Zdjęcie autora: Tomek
    Tomek
  • 3 maj
  • 3 minut(y) czytania

Zaktualizowano: 5 lip


Słodkości w życiu mężczyzny to sprawa fundamentalna. Zaryzykuję stwierdzenie, że nic tak nie uprzyjemnia życia - a już na pewno podróży - jak odrobina, a częściej jednak więcej niż odrobina, słodyczy. A skoro ruszyliśmy na odkrywanie Porto, pierwsze skojarzenie nasuwa się samo: porto - wzmacniane, lepkie od cukru wino, którego słodycz opiewano w wierszach, listach, a zapewne i na TikToku. Degustowaliśmy, a jakże, każdego dnia, ale gdyby zapytać mnie o prawdziwy, słodki symbol Portugalii, bez wahania wskazałbym pastéis de nata. Ciepłe, kruche, z budyniowym wnętrzem rozlewającym się po podniebieniu. Są wszędzie, bezwstydnie pyszne i absolutnie niemożliwe do zignorowania. Pachną, kuszą i nęcą. Jemy raz, drugi, trzeci, bo przecież trzeba porównać. Od porównań z Lizboną zresztą także trudno uciec.

Porto wygląda tak, jakby ktoś ułożył je z czerwonych dachówek, stromych ulic i efektownych kadrów, po czym zaprosił cały świat do podziwiania swego dzieła. W ścisłym centrum powietrze drżało od emocji rozentuzjazmowanego tłumu. Pogoda dopisywała, choć co jakiś czas niebo przypominało, że północ Portugalii ma własne zdanie w kwestii słońca i deszczu. Nad tym wszystkim czuwał on - most Ludwika I. Charakterystyczny, monumentalny, spinający brzegi Douro i porządkujący spojrzenia, które co chwilę uciekają ku wodzie. Miasto jest głośne i żywe, pełne dźwięków: tu ktoś tańczy, tam śpiewa, zza rogu dobiega czuły dźwięk saksofonu. Wieczorem trafiamy na koncert fado w kościelnej krypcie. Chłód kamienia, półmrok, lampka… porto. Gitary pulsują, wokalistka wciąga w swoją opowieść, a człowiek mimowolnie myśli, że ta muzyka i Portugalia są nierozerwalne - trudno sobie wyobrazić jedno bez drugiego. I aż trudno uwierzyć, że kiedyś, podobno jeszcze w XIX wieku, fado bywało akompaniowane… pianinem. Dziś brzmi to niemal jak herezja.

Są jeszcze azulejos. W Porto wydają się obecne na każdym kroku, ale stacja São Bento to osobny rozdział. Niby tylko chcesz zdążyć na pociąg, a stoisz bez ruchu, zahipnotyzowany niebieskimi opowieściami zapisanymi na ścianach. W sobotni poranek faktycznie wsiadamy do pociągu i uciekamy na chwilę do miasta, w którym narodziła się Portugalia - do Guimarães. Jest ciszej, spokojniej, jakby ktoś ściszył kraj o kilka tonów.

Porto nie daje się poznać do końca. Zostawia przyjemne uczucie niedosytu. Zamiast pełnych odpowiedzi proponuje migawki: smak pastéis de nata, dźwięk gitary odbijający się od kamiennych ścian, sylwetkę mostu na tle pochmurnego nieba. I chyba właśnie o to chodzi. Żeby chcieć tu wrócić. Nawet jeśli czasem pada.


Tymczasem!


Na deser...

Ten tekst stworzyła sztuczna inteligencja. Nie jakiś specjalny agent do pisania, żaden tam Claude, tylko zwykły, ogólnodostępny i darmowy chat. Dałem jej/mu do poczytania mój tekst z Lizbony, żeby "styl się zgadzał", napisałem krótkiego prompta, żeby to ustrojstwo wiedziało, o czym ma pisać i w kilkanaście sekund dostałem napakowany emfazą tekst. Brzmiał jak kazanie uduchowionego kaznodziei na niezłym haju, ale po kilku poprawkach, usunięciu większości nadmiernie ekstatycznych przymiotników, dodatkowych podpowiedziach, kolejnych poprawkach, w 5 minut powstała krótka relacja z wyjazdu.

Chat to fenomenalne narzędzie. Co prawda nie będę z niego korzystał do opisywania swych wypraw, bo ten opis wydaje mi się plastikowy no i, co zrozumiałe, pozbawiony moich odczuć, emocji (wiem, wiem... to tylko kwestia prompta). Poza tym był zrobiony już po powrocie, a ja lubię sam proces twórczy, robienie notatek na bieżąco i konfrontowanie się z własnymi myślami w trakcie podróży. Ale jak sobie pomyślę, że dzisiejsze artykuły na umownych onetach, ba, książki (sic!) mogą powstawać w ten sposób, to zastanawiam się (nie pierwszy raz zresztą) dokąd to wszystko zmierza? Już dziś mamy terabajty papki niezdatnej do oglądania, słuchania czy czytania, a przecież w miarę rozwoju technologii będzie tego jeszcze więcej. Brrr... na samą myśl robi mi się niedobrze.

Wklejając ten tekst na stronę, asystent AI zaproponował mi dodatkową edycję tekstu (mogę inaczej go sformułować, poprawić pisownię i gramatykę, skrócić, rozszerzyć... mogę wszystko!) i wygenerowanie do niego obrazów, które będą ilustracją tego, co chcę opublikować. Mogłem sobie dorobić sztuczne zdjęcia z pięknym wchodo-zachodem słońca nad mostem, a może nawet i - za przeproszeniem - gołą babę! Nie zdecydowałem się na to. Po coś, wszelako, tarabaniłem na plecach swojego Nikosia. Dla odmiany utwierdziłem się w przekonaniu, że ta cyfrowa breja, która nas otacza sprawi, że robienie zdjęć naprawdę straci sens. Pisanie "na żywca" zresztą też. I czytanie oraz oglądanie tego wszystkiego!



Copyright © 2015-2026. Tomasz Skrzypczak. 

© Tomasz Skrzypczak
bottom of page