top of page

W Kraju Basków

Zdjęcie autora: Tomek
Tomek
8 cze
4 minut(y) czytania

Zaktualizowano: 6 lip


Nie spodziewałem się, że po doświadczeniu ze 'sztuczną z Porto' tak szybko zbiorę się do pisania, że odnajdę w tym sens albo przyjemność. I kto wie, może to jest ostatni post w tej formie, bo jednak moje przemyślenia z post scriptum do ostatniego tekstu się nie zmieniły, ale przynajmniej teraz nie umiem się powstrzymać. Pozytywne emocje, które mi towarzyszą, chcą znaleźć ujście. Chętnie je wykrzyczę, wyśpiewam, ewentualnie niech wytrysną z młodzieńczą energią. Cokolwiek, bylebym nie musiał ich w sobie dusić, albo - co gorsza - zamęczać nimi Szanownej Małżonki. W takich chwilach jestem dość monotematyczny: że pięknie, że spokojnie, że inna atmosfera, że mógłbym tu mieszkać. No co ja na to poradzę, że w Hiszpanii zasadniczo lubię wszystko. Wiem, że się narażam, bo jednak Kraj Basków, to Kraj Basków, a nie Hiszpania czy Francja, jak głoszą hasła nasmarowane na prześcieradłach, przestrzegające turystów przed takim upraszczaniem rzeczywistości. Na potrzeby mojego dobrego samopoczucia przyjmę jednak, banalizując nieco skomplikowaną rzeczywistość, że skoro tak bardzo mi się tu podoba, to to musi być Hiszpania!

Ale wszystko tu jest inne niż choćby w Andaluzji. Przede wszystkim pada. Szczęśliwie w Bilbao nam to jakoś szczególnie nie wadzi, bo tym razem pamiętałem, żeby zabrać ze sobą parasol. Poza tym w mieście zawsze można wynaleźć jakieś ciekawostki pod dachem. Nas poniosło do Muzeum Guggenheima, które utwierdziło mnie w przekonaniu, że ze sztuką nowoczesną to my na podobnych falach nie nadajemy. Nie znam się, nie wiem co te bohomazy, czy inne twory z drutu lub stali mają mi zakomunikować i szczerze mówiąc to wolę nie dociekać, co autor miał na myśli. A jeśli wywołują we mnie coś, to bardziej znużenie niż ekscytację.

O poranku wyjechaliśmy z miasta i piękno tej krainy dosłownie mnie oszołomiło. Głęboka zieleń, góry i słońce, jakże świetliste, ale jakby rozproszone. 30 km od Bilbao, z niebieskiej powierzchni Zatoki Biskajskiej wystaje słynna skalista wysepka, San Juan de Gaztelugatxe. Słynna, bo zagrała Smoczą Skałę w Grze o Tron, ale myślę sobie, że zagrała w tym filmie, bo jest po prostu piękna. Co prawda, żeby wspiąć się do św. Jana trzeba troszkę posapać, bo na szczyt prowadzi 241 schodów, ale warto wydatkować te kilka kalorii, bo to spacer w przecudnej scenerii. I tak piątunio zaczęliśmy z wysokiego C, a potem to już tylko leniwie meandrowaliśmy w stronę San Sebastián, odwiedzając po drodze senne i bardzo urokliwe mieścinki i wioski. Zawitaliśmy do Bermeo i do Mutriku, a w miasteczku Guernica, zupełnym przypadkiem😉, trafiliśmy na pełnowymiarową, wykonaną z płytek ceramicznych kopię słynnego dzieła Picassa. Dla odmiany w Ea zaglądamy do baru, który jest tak bardzo swojski, że już chyba bardziej być nie może. Za kontuarem krząta się brodaty, młody barman, z głośników o uwagę dopominają się gitarowe riffy rodem z Seattle, a na zewnątrz - jakby konkurując o uwagę - słychać dzwony z pobliskiego kościoła. A ja sobie sączę un café solo. No przecież to jest bajka, nieprawdaż?

San Sebastián okazał się jeszcze ładniejszy, niż wyobrażałem go sobie po lekturze blogów podróżniczych podczas planowania tej wyprawy. Poza ciągnącą się kilometrami plażą, wzdłuż której wybudowano deptak, oczywiście najprzyjemniej jest się zgubić w labiryncie wąskich, zatłoczonych uliczek starego miasta. Barów tu pod dostatkiem, można przysiąść, wypić kieliszek jakiegoś dobrego trunku, przy okazji zamawiając regionalne przysmaki, pintxos. I byłbym gotów szwendać się tam jeszcze i dzień cały, a może nawet ze dwa, gdyby nie to, że francuska część Kraju Basków też jest zachęcająca. Raptem 50 km od San Sebastián leży Bayonne. Historycznie miasto dzieli się na dwie części - Wielką i Małą, obie mają swój klimat, ale chyba to Petit Bayonne bardziej zapadła mi w pamięć. Może dlatego, że przechodząc przez rzekę, przystanęliśmy na moście i przy murku, na woreczku, na późny lunch zaserwowaliśmy sobie - kupione chwilę wcześniej na targu - serek, oliwki i rzecz jasna chrupiącą bagietkę. A jak Polak najedzony, to wszystkie bary, galerie czy murale dodatkowo zyskują na urodzie. I nawet… deszcz nie przeszkadza. Na szczęście plan był ułożony idealnie😉, bo jak dojechaliśmy nad morze, do Biarritz, to się wypogodziło. Co w pewnym sensie jest zrozumiałe, bo w tak wymuskanym i zadbanym miasteczku nie uchodzi, żeby padało. Ta francuska część Kraju Basków, jakźe inna, równie piękna, ale jednak z francuską duszą, to był tylko jednodniowy przerywnik, dodatkowy bonus do naszej hiszpańskiej tułaczki. Już na wieczór wróciliśmy do Hiszpanii, do Vitoria-Gasteiz.

To miasto zbudowane na kilku poziomach - zielone, z doskonale zachowaną średniowieczną starówką. Tętniące życiem. Wieczorem wypełnione tłumem ludzi, bo akurat trafiliśmy na finał zawodów triathlonowych, a o poranku pełne dzieci, bo w centralnej części starego miasta, na głównym rynku, odbywał się dla nich turniej koszykówki. Wśród gości jakieś wielkie gwiazdy. Mówiąc wielkie mam na myśli wielkie par excellence, bo jak taki jeden przeszedł koło mnie, to sięgałem mu do pępka, no może do piersi. Ależ to energetyczne, pełne pozytywnych wibracji, wydarzenie. Wokół boisk są bary, jak to na rynku, więc un café solo por favor i chwila na błogie nicnierobienie. Do Vitorii przyjechaliśmy z ciekawości, wszelako to stolica Baskonii, ale blisko z niej w góry. Dziś dla odmiany upał, słońce pali, ale góry niezmiennie piękne. Trochę jak u nas w okolicy Szczawnicy, może w Bieszczadach. Takie wioskowe życie do mnie przemawia, szczególnie jak włączy mi się tryb wakacyjny. Z komoota ściągnąłem trasę trekkingową, ale już na miejscu, patrząc na przewyższenie i upalną pogodę, zdecydowaliśmy się ją skrócić – zamiast pełnej pętli poszliśmy tylko do imponującej skalnej szczeliny Aitzulo. Zupełnie to inny Kraj Basków.

Z górskich szlaków, nieco naokoło, bo przez mieścinę o wdzięcznej nazwie Zumaia i jej klify, wróciliśmy do Bilbao. Tym razem nie pada, więc wszystko jakby nabrało rumieńców. Na pierwszy rzut oka wszystko jest takie samo jak pięć dni temu - przed muzeum tłum ludzi robi sobie selfie z Puppym, trzynastometrową rzeźbą psa. W barach wciąż królują pintxos, sernik baskijski i café solo. Tylko po pięciu dniach w Kraju Basków patrzy się na to wszystko trochę inaczej. Bardziej swojsko.


Hasta luego!



Copyright © 2015-2026. Tomasz Skrzypczak. 

© Tomasz Skrzypczak
bottom of page