top of page

Onseny i shinkanseny - Japonia

Zdjęcie autora: Tomek
Tomek
16 sie
10 minut(y) czytania

Zaktualizowano: 2 dni temu



Tłum kłębi się jak przed dolną stacją kolejki na Kasprowy w szczycie letniego sezonu. Spodziewałem się wielu ludzi, nawet pomimo tego, że podobno ograniczono liczbę permitów, ale widok takiej liczby miłośników trekkingu i tak mnie zaskakuje. Nie mniej zresztą niż to, w jaki sposób są wszyscy ubrani. Stroje do wypraw górskich wyglądają, jakby były prosto od krawca: wszystko nienagannie czyste, dobrze skrojone, eleganckie, profesjonalne. Za chwilę pan z obsługi sprawdzi, czy w plecaku mamy wszystko, co jest wymagane do wejścia na szlak: spodnie i pelerynę przeciwdeszczową oraz buty trekkingowe. Chyba wszystko gotowe, możemy ruszać. Przylecieliśmy do Tokio dwa dni temu, a wczoraj zajrzeliśmy do kilku obowiązkowych miejsc japońskiej stolicy. To olbrzymia metropolia. Każda dzielnica jest jak osobne miasto wielkości Warszawy, każda ma podobno swój klimat i rytm, każda też wygląda inaczej. Cisza i spokój, jak w okolicy cesarskiego pałacu, albo rozedrganie i neonowe szaleństwo Kabukicho. Ale ja tu robię reminiscencje z wczorajszego dnia, jakbym próbował odsunąć w czasie wspinaczkę na 3700 metrów, a jest wręcz przeciwnie - czuję ekscytację. Wejście na Fuji mamy rozłożone na dwa dni i dziś dochodzimy tylko do schroniska, mniej więcej 1000 metrów pod szczytem. Wbrew prognozom pogoda nam sprzyja. Nie jest upalnie i, co najważniejsze, nie pada. Sam trek okazuje się prosty i niewymagający. Zdążyłem nawet pomyśleć, że ci wszyscy ludzie więcej czasu spędzili na założeniu tego szałowego ekwipunku, niż zajęło im dojście do schroniska. Budynek jest prosty, drewniany, ascetyczny. W środku żarzą się węgielki, przy których można posiedzieć albo - jak my - zjeść śniadanie na kolację. Śpimy w pokoju z kilkudziesięcioma innymi osobami, poukładani na drewnianych półkach jak towary w centrum logistycznym. Do śpiwora wskakuję o 18, czeka na mnie świeżutka, zafoliowana podusia w bieluśkiej poszewce. Niestety nie mogę zasnąć, czuję zmęczenie, ale jeszcze nie zdążyłem się przestawić, jestem zawieszony między czasem polskim, a japońskim. Ekscytacja miesza się z obawą, bo szlak na szczyt wulkanu jest krótki - ma raptem jakieś 4 km - ale za to prowadzi wyłącznie ostro pod górę. I do tego okrutnie leje. Ba, grzmi jakby tuż przy naszym wyrku. Ruszamy o pierwszej w nocy i mamy wielkiego farta. Wypogodziło się, ale już pierwsze kroki wskazują, że to nie będzie spacer. Tu trzeba będzie swoje wysapać. Przystajemy dość często żeby złapać oddech i wschód słońca oglądamy spod szczytu. Jest piękny, obłędnie pomarańczowy. Jesteśmy ponad chmurami, za nami jeszcze wielu piechurów, wieje zimny wiatr, ale szczęśliwie plecaki są już lżejsze, bo wszystkie zimowe ciuchy z tobołka trafiły na grzbiet. Na samym szczycie czeka na nas ciepła zupa miso. O ile podejście było trudne, to całkowicie dobiło nas zejście. Strome, po wulkanicznym żwirku, w pełnym słońcu, mimo wczesnego poranka. Japończycy korzystają z całego swojego ekwipunku - przydają się im kijki i czapki. Część z nich jest osłonięta przed słońcem w stu procentach, ani centymetr kwadratowy skóry nie jest wystawiony na działanie tej okrutnie grzejącej lampy. No, udało się, dotarliśmy na dół. Najbardziej wymagająca część wyprawy za nami. Można zacząć wakacje!

Dojechaliśmy do Hiroszimy. Po wizycie we wszystkich obowiązkowych punktach miasta i kolacji trafiliśmy do baru. Miejsce jest przewyborne, wydawało mi się, że takie miejsca są tylko w filmach. Cały bar składa się z lady, przy której może usiąść najwyżej dziesięć osób, witrynki z lokalnymi alkoholami i właścicielki - kobiety drobnej, ale z wielką dawką pozytywnej aury. Zamawiam porcję lokalnej, produkowanej w tej prefekturze, sake. Porcję, która spokojnie wystarczyłaby dla całego szwadronu wojska. Oczywiście nalana jest zgodnie z tradycją - aż po brzegi szklaneczki, a właściwie jeszcze trochę więcej, tak żeby pełny był również spodek. To są wyjątkowo przyjemne momenty, niby zwykłe, banalne, ulotne, a jednak zapadające głęboko w pamięć.

Świat jest piękny i różnorodny i z zadowoleniem przyznaję, że wciąż potrafi mnie zaskoczyć. Wydawałoby się, że po tylu podróżach człowiek ma już w głowie całkiem sporą kolekcję widoków, krajobrazów i miejsc, które trudno czymś przebić. A jednak co jakiś czas trafia się coś, co każe tę kolekcję powiększyć. Przyjechaliśmy na wyspę Miyajima. Upał jest przeogromny, naprawdę przeogromny. Droga na szczyt wyspy, na Mt. Misen i znajdujące się tam punkty widokowe, przez ten skwar jest wymagająca, ale widoki wynagradzają wysiłek. Rozrzucone po morzu wysepki, bujna zieleń, a do tego wiaterek i cień, który na górze pozwala szybko odzyskać siły uciekające wcześniej wraz z potem. Piękny dzień.

Poruszamy się komunikacją publiczną, korzystamy z autobusów, metra, lokalnych pociągów i oczywiście shinkansenów. Na temat ich punktualności napisano już wszystko, ale to doprawdy fenomenalny, szybki i komfortowy środek transportu. Raz taki pociąg przejechał przed nami na pełnej – to naprawdę robi wrażenie. Ten pociąg po prostu mignął nam przed oczami jak na przyspieszonym filmie i tylko huk rezonował w powietrzu jeszcze przez kilka chwil.

Ale nie wszystko jest takie szybkie. Na ulicy można spotkać tramwaj rodem z kreskówki, który jedzie po torach, a stojąc na przystanku, wygrywa melodyjkę. Powolna, ale przecudnej urody jest także nasza wyprawa rowerowa w Shimanami. Trasa jest krótka, ma nieco ponad 30 km, ale prowadzi między wyspami, po długich, wysoko zawieszonych mostach. Na każdy z nich prowadzą wygodne ślimaki. Widoki są bajkowe, a w nagrodę za trud pedałowania tuż przy plaży można kupić specjalność z budki: lody waniliowe z solą morską. Trudno odpowiednio opisać, jak to było pyszne. Inne odczucia towarzyszą mi w restauracjach serwujących sushi. Nigdy nie byłem jego wielkim miłośnikiem. Te tutejsze są mimo wszystko niezłe, jem bez przykrości, ale bez dwóch zdań - na sushi się nie przerzucę.

Minął raptem tydzień naszej wyprawy, a zaczynam mieć problem z robieniem notatek. Dzieje się dużo, program jest bardzo bogaty i różnorodny. Podoba mi się to, co widzę, zachwyca wiele rzeczy, zdumiewa jeszcze więcej. Gdyby poniosło mnie w stronę szczegółowej relacji, powstałoby opasłe tomisko. O poranku jesteśmy w Kurashiki, miasteczku, które wygląda jak stara Japonia, wieczorem - już w Osace - jedziemy do dzielnicy Namba. Miliony ludzi na ulicach, neony, sklepy, street food. Zarzuciłem na kolację takoyaki - małe, słone kulki z ciasta naleśnikowego nadziewane... mikrymi ośmiorniczkami. Kolorowe światła migają jak w modnej dyskotece. Na wielkich telebimach główne miejsce zajmują bohaterowie anime, z japońskich kreskówek. Nie mniej uwagi poświęca się idolom popkultury, girls- i boysbandom. Na ulicach dziewczynki w kimonach i specjalnym makijażu, który upodabnia ich oczy do tych z kreskówek, zapraszają do miejsc, w których można oddać się uciechom w prywatnych zakamarkach. Trudno to wszystko objąć umysłem i choć Namba w końcu przytłacza ilością bodźców, to bez wątpienia nigdy nie zapomnę tego miejsca.

Zdaje się, że człowiek na chwilkę przymknął oczy, a tu już śniadanie, tym razem na 32. piętrze, z widokiem na olbrzymie miasto. Pomiędzy wysokościowcami, na wprost nas, przebiega autostrada z torami pośrodku. Po godzinie będziemy obserwować Osakę właśnie z poziomu tych torów. Jedziemy dalej.

Uwielbiam takie wyprawy, uwielbiam być w ruchu.

Japonia, kraj, w którym ludzie się spieszą, oferuje też miejsca, gdzie wszyscy zwalniają. Onseny to japońskie gorące źródła oraz tradycyjne kąpieliska. Wydzielone są w nich dwie strefy - damska i męska. Ma to swoje uzasadnienie, bo w szatni trzeba się rozebrać do rosołu i porządnie wyszorować. Do dyspozycji mam stołek, kranik, prysznic, mydło, szampon. Trochę podglądam Japończyków i widzę, że szorują się tak, jakby chcieli z siebie zdrapać skórę, a niektórzy także skalp. To nie jest takie tam mizianie, to jest porządne mycie. Zmywam z siebie cały trud minionego tygodnia, nie omijam ani centymetra. I tak wyszorowany jestem gotów na kąpiel w gorącym źródle. Miejsce jest wyborne. Od strony ulicy wygląda jak zwykły japoński dom, tymczasem wewnątrz znajduje się... wodospad w środku lasu. Po kamieniach, tak jak nas Bóg stworzył, wchodzimy do gorącej wody. Są miejsca, gdzie można się położyć, są i głębsze, oferujące wodne biczowanie. Siedzisz kilka minut, wychodzisz opłukać się zimną wodą, odpoczywasz na kamieniu i powtarzasz cykl. Raz, drugi, potem można w ogóle zmienić onsen. Po prostu siedzisz i wypoczywasz. Oddajesz wodzie te dziesiątki tysięcy kroków przemaszerowane każdego dnia, oddajesz wspinaczkę na Fuji. Nic to. Z zapasem nowej energii można ruszać dalej.

Najbardziej na zachód wysuniętą część Japonii, wyspę Kiusiu, już w czasie naszego pobytu nawiedziło trzęsienie ziemi. Zniszczenia są poważne, nie kursują pociągi, musieliśmy nieco zmienić plan wyjazdu i pominąć tę wyspę. W zastępstwie zostaliśmy dłużej w okolicach Osaki. Świetne to miasto. Olbrzymie, cała aglomeracja liczy 19 milionów mieszkańców, ale ze sporą dawką zieleni i fenomenalnym transportem publicznym. Korków zero, zdecydowana większość ludzi korzysta z kolei czy metra. Logistyka tych miast mnie zachwyca. Podobnie zresztą jak Umeda Sky Building. Składa się z dwóch 150-metrowych wież, połączonych na górze wielkim łącznikiem i otwartym tarasem widokowym. Wewnątrz można poczytać, dlaczego takie rozwiązanie - dwie wieże - jest lepsze w czasie trzęsienia ziemi. Budynki zachowują się jak para tańcząca salsunię. Każdy z nich ma wsparcie w partnerze, ale mogą się wyginać i skręcać niezależnie od siebie.

Tymczasem dojechaliśmy już do Kioto i meandrujemy po okolicy. Razem z setkami innych turystów przekonamy się, że ten słynny las bambusowy to raptem lasek. Pot oblepia nam koszulki, gdy przechodzimy przez setki bram torii, które wytyczają szlak w shintoistycznej świątyni. To wdepniemy na matchę, to popatrzymy na 15-metrowego Buddę skrytego w świątyni albo na jego 1000 posągów dumnie stojących w innej słynnej budowli. Zaglądamy też do pałacu Szoguna oraz podziwiamy Złoty Pawilon. I to wszystko w upale, który przygniata. W cieniu jest 38 stopni, codziennie (sic!).

Ale muszę przyznać, z pewnym zdziwieniem wręcz, że w tym upale gorące źródła w onsenach, a nawet hotelowe łaźnie, naprawdę robią różnicę. Panowie na lewo, panie na prawo, giniemy w strefach wypełnionych odpowiednio testosteronem i estrogenem. Podobnie jak wcześniej w onsenie, także i tutaj wszyscy paradują w negliżu i szorują się przed wejściem do jakiegokolwiek basenu. Każdy ma swój stołek, kran, prysznic i zestaw kosmetyków. Hotel oferuje także bezpłatnie... shampoo bar, gdzie stoi do wyboru sześć różnych szamponów i tyleż odżywek. Jak wybrać, na którą się zdecydować? Szczególnie że opisy nie pomagają, bo na większości opakowań są tylko po japońsku. W saunie jest 95 stopni, a wielki, okrągły zegar w środku odmierza 12 minut. Potem basen z lodowatą wodą i tak trzy razy. Na koniec znów do mycia, znaczy - szorowania. Po wyjściu, już w szatni, czekają toaletki, a na nich lotiony, pomady do twarzy, woski do włosów. Po prostu fenomenalny poziom hotelowych usług dla umęczonych upałem podróżników z dalekiej północy. 😃

Kioto świątyniami stoi, są ich tu tysiące. My zajrzeliśmy raptem do kilku i za każdym razem, gdy tylko zdążyłem pomyśleć, że nic nie jest w stanie mnie już zaskoczyć, czekała na mnie miła niespodzianka. Stare Kioto, choć bardzo malownicze, trudno jednak poczuć, bo tłumy spacerowiczów z wielką pasją i zacięciem odwiedzają sklepiki z tymi wszystkimi artykułami, które to turystyczna dusza tak bardzo pragnie kupować. Są i łakocie, w wielu różnych odmianach, ale zawsze obowiązkowo także z matchą, w każdej postaci. Przygotowywania tego zielonego napitku uczyliśmy się dwa razy, w tym raz w kimonach i myślę, że osiągnąłem już biegłość w biciu (zielonej) piany. Tymczasem znów siedzimy w shinkansenie. Znów zachwyca mnie organizacja, czystość i punktualność. I znów jesteśmy w innym mieście, tym razem po północnej stronie Japonii, w Kanazawie.

Gdybym miał opisać Japonię jednym słowem, to pewnie powiedziałbym: „uporządkowana”. Ale lepiej użyć dwóch słów: uporządkowana i czysta. A może nawet trzech, bo warto jeszcze dodać: przyjazna. Wszystko tu jest doprowadzone do perfekcji, niczego nie pozostawiono przypadkowi. Chcesz czuć się intymnie w publicznej toalecie? Proszę bardzo. Wciskasz guziczek i już elektroniczny szum wody zagłusza wszystko to, co dzieje się w kabinie. Linie wyznaczające kolejki na peronach, których nikt nie ignoruje. Sama jazda windą to też ciekawostka - zawsze znajdzie się Japończyk, który, jak tylko ostatnia osoba wejdzie do windy, z pasją wciska guzik zamykania drzwi. Nie ma czasu na zwłokę. W windach też wszyscy stoją przodem do drzwi, byle tylko nie trzeba było nikomu patrzeć w oczy. Przecież to może być krępujące.

Ta ostatnia niedziela (w Japonii)... mija leniwie. Dojechaliśmy w Alpy Japońskie, do urokliwego miasteczka Takayama. O godzinie 11 mam tysiąc kroków, co się na tej wyprawie nie zdarza. Pojechaliśmy do skansenu, do którego zwieziono stare domy sprzed dwustu, trzystu lat. Nie chcą się te obrazki kojarzyć inaczej niż z serialami, które z zapartym tchem oglądałem 40 lat temu: Oshin i Shogun. I taka jest ta podróż. Przeszłość przeplata się z nowoczesnością, przyroda z wielkimi miastami, sushi z wołowiną. To właśnie tu, w Takayamie, mamy zarezerwowany stolik w maleńkiej restauracyjce, z zewnątrz wyglądającej jak budka sprzedająca kebaby. Trzy stoliki, raptem 12 miejsc i możliwość podglądania, jak kucharz oporządza słynną wołowinę Hida. Jako przyprawy używa wyłącznie soli. W zestawie jest miseczka rosołu i troszkę warzyw. I tak jak z sushi się nie zaprzyjaźnię, tak to delikatne mięso rozbiło bank, skradło - niech użyję takiej parafrazy - mój żołądek. Absolutny szczyt kulinarnej sztuki. A plotka głosi, że to mięsko jest tak wyborne, że zajadają je nawet wegetarianie! 😁

Leniwa niedziela rozlała się na powolny, rozmemłany początek tygodnia. Jesteśmy w Alpach, więc wdrapaliśmy się na 2460 metrów, z czego większość kolejką. Trekking, a właściwie „trekkinżek”, w porównaniu z Fuji był jak spacer, mimo że zrobiliśmy 350 metrów przewyższenia. Potem onsen, tym razem na ostatnim piętrze hotelu, z panoramą na pogrążone w ciemności miasto. I poranny targ. A teraz znów jedziemy autobusem. Tym razem do Matsumoto, bo na obrzeżach miasta mamy zarezerwowany nocleg w tradycyjnym japońskim ryokanie. Żeby dotrzeć do naszego pokoju, trzeba przejść przez labirynt wąskich korytarzy, po wejściu do przedsionka zdjąć klapki i rozsunąć drzwi z białego materiału rozpiętego na hebanowej ramie. Na matach tatami czekają na nas materace, lekkie kimona yukata, niskie stoliki i krzesła bez nóg. Rzecz jasna w tych yukatach (trafił mi się pas w granatowo-bordowych barwach!) schodzimy na przygotowaną w japońskim stylu kolację, a potem na śniadanie. I choć mam już szczerze dość tych smaków - wodorostów, kiszonek, miso - to jednak są to wyjątkowe przeżycia. Pewnie nie raz i nie dwa będę wspominał ten dzień na prowincji.

Zwiedzamy zamki, pałace, świątynie i już mi się to trochę przejadło. To są ważne miejsca dla Japończyków, mają nawet sporo uroku, każdy czymś miło zaskakuje. Ba, w niektórych tłum jest taki, że zwiedza się je... stojąc w kolejce. Ale tych miejsc jest po prostu sporo. Podobnie zresztą jak w Tajlandii - wszystko jest ładne, zadbane, interesujące, ale po kilku kolejnych coraz trudniej wykrzesać z siebie entuzjazm. Człowiek zaczyna trochę tęsknić za czymś, co nie jest kolejną świątynią, zamkiem czy pałacem.

Mówisz i masz.

Farma wasabi w Hotaka robi wrażenie, bo nie miałem, nomen omen, zielonego pojęcia, jak hoduje się to przypominające chrzan warzywo. Sadzi się je w rzece, tam, gdzie płynie czysta, górska woda. Trzeba je też zacienić, bo nie lubi słońca. W efekcie rzeka i sadzonki są przykryte pasami czarnej włókniny. No, obłędnie to wygląda. Mimo że pada. Przez całe trzy tygodnie mieliśmy niesamowite szczęście do pogody. Na Fuji nie mogło być lepiej. Potem praktycznie bez deszczu. Owszem, było gorąco, nawet bardzo, ale to w końcu lato. Ochłodziło się, kiedy wjechaliśmy w Alpy Japońskie, ale jednocześnie, kiedy byliśmy w Matsumoto, przeszedł tajfun, który przywlekł ze sobą spore opady. Ale to był tylko jeden dzień.

Tymczasem wróciliśmy do Tokio i zachwyca mnie to miasto. To jest olbrzym i pewnie trzeba by tu zabawić ze dwa tygodnie, a nie trzy dni, żeby zobaczyć, co w trawie piszczy. Ale i tak to, co udało się liznąć, robi znakomite wrażenie. Mam wyłącznie pozytywne odczucia. Na targu smakosze sushi mogą delektować się potrawami wyglądającymi jak z reklamowego folderu. Niestety i słodkości zachęcają do kupna, od tego nie można się opędzić! W galeriach handlowych, zbudowanych w nieco innym stylu niż nasze, można wydać wszystkie pieniądze i na pewno pozostanie niedosyt. W showroomie Sony można obejrzeć najnowsze aparaty i obiektywy, ale piętro wyżej lepiej pobawić się z pieskiem. Robotem.

Można też zajrzeć do maid cafe, żeby przez chwilę zanurzyć się w japońskim świecie różowej, infantylnej do cna rozrywki. Dziewczynki piszczą, a żeby złożyć zamówienie, trzeba zamiauczeć: miau, miau. Przy jednym ze stolików usiadł pan, pewnie koło czterdziestki, a naprzeciwko niego siedział... wielki, pluszowy miś. Tego nie da się odzobaczyć, nie da się odprzeżyć, ale bezwzględnie trzeba doświadczyć będąc w Tokio.

Wspaniałe to miasto. Kiedy już mi się wydaje, że wiem, czego się spodziewać, jedziemy bezobsługowym metrem do teamLab Planets, immersyjnego muzeum sztuki cyfrowej. I już nie wiem, czy bardziej podoba mi się dzielnica Toyosu, czy interaktywne instalacje. A potem wieża telewizyjna, skąd oglądamy miasto, będąc 450 metrów wyżej. Odczuwam niedosyt, dziką chęć poznania kolejnych dzielnic, zobaczenia, co jest za następnym zakrętem.

A jednocześnie tęsknię już za domem, za powrotem do swojej codziennej rutyny.

Uwielbiam powroty do domu.


Tym razem... już bez tymczasem!



Copyright © 2015-2026. Tomasz Skrzypczak. 

© Tomasz Skrzypczak
bottom of page