top of page

Laos (i północna Tajlandia)

  • Zdjęcie autora: Tomek
    Tomek
  • 15 lut
  • 11 minut(y) czytania

Zaktualizowano: 16 mar


- Do you want masaaaaaaż? Pyta miła pani, w śpiewny sposób akcentując z emfazą ostatnią sylabę. No pewnie, że chcemy. Przez ostatnie kilkanaście godzin kisiliśmy nogi w butach, więc odrobina pieszczot nam się po prostu należy. Szczególnie, że praktycznie prosto z samolotu poszliśmy na nocny targ. Lokalne smakołyki najlepiej kosztować na ulicy właśnie, ale wybór jest tak duży, że trudno mi się było zdecydować na konkretną potrawę, chciałem zjeść wszystko. Zupę, sajgonki, pad thai, ale jak już sobie wymyśliłem co zjem, to napadał mnie znienacka jakiś inny zapach i bez pardonu przekonywał, że to na tę strawę mam dziś ochotę. Jak żyć?! Ostatecznie udało się dokonać tego skomplikowanego wyboru i wytłumaczyć sobie, że jutro też jest dzień, że jeszcze będzie okazja (inshallah!), żeby pokosztować innych specjałów ulicznej kuchni. I tak najedzeni, zmęczeni, oddaliśmy się w sprawne ręce masażystów, którzy przez godzinę pieścili nasze umordowane podróżą stópki.

Przylecieliśmy do Chiang Mai, największego miasta północnej Tajlandii. Zajrzeliśmy do słynnych świątyń, bo oczywiście posągi Buddy są tu na każdym kroku. W Wat Phra That Doi Suthep, najważniejszej z nich, złoto aż szczypie w oczy. Prowadzi do niej 300 schodów (lub kolejka linowa dla takich leni patentowych jak my), co pozwala podziwiać widok na miasto skąpane w porannym... smogu. Poszliśmy też, a jakże, na poranny targ. Ktoś usmażył żaby (które teraz okopcone, w zastygłej pozie czekają na kupujących), ryż mieni się kolorami tęczy, a zupę na wynos i lunch boxy szykuje się tu w foliowych woreczkach, które sprawnie zawijają kobiece rączki.

Tymczasem już będąc w Chiang Rai przyjechaliśmy do wioski, słynącej z tego, że kobiety zakładają sobie na szyję metalowe krążki, które ważą kilka kilogramów. Zawsze mi się zdawało, że to w jakiś sposób wydłuża szyję, że te metalowe krążki rozsuwają kręgi szyjne, ale okazuje się, że te obręcze sprawiają, że obniżają się kości żeber i obojczyka, co optycznie wydłuża szyję. Tradycja dość okrutna trzeba przyznać. Panie z uśmiechem pozują do zdjęć, ale jak się im przyjrzy z ukrycia, jak z trudem obracają głowę, to nie dziwi, że młodzi wolą żyć nowocześniej, że chętnie wioskę opuszczają. Co ciekawe, zachęcani są do tego przez władze, bo takie dziewczynki raczej nie chodzą do szkoły (rówieśnicy z nich się po prostu śmieją), co bardzo utrudnia ich integrację z większością społeczeństwa. Dla odmiany starsi próbują chronić tę nieludzką tradycję, stosując niekoniecznie demokratyczne metody, żeby młodych zatrzymać w rodzinie i wiosce. Z metalową obrożą na szyi. I tak sobie tam żyją, dziergają szale, czy strugają słoniki, ale to jednak trochę cepelia. Praktycznie w każdym domku można kupić rękodzieło więc obkupiliśmy się, ostatecznie chyba nie ma lepszej formy wsparcia lokalnej społeczności. Tuż przy wiosce znajduje się pole ananasów. Akurat trafiliśmy na zbiory, panowie maczetami wycinali dorodne okazy, wrzucali do worków, które potem wysypywali do pick-upa. A na jego pace siedział sam szef, który maczetą te świeżynki nam obierał. Boże, ależ one były pyszne!

Ledwie się człowiek otrząsnął po wioskowych klimatach, a już z punktu widokowego patrzymy na złoty trójkąt, który tworzą trzy państwa: Tajlandia, Laos i Mjanma. Granicę między nimi wyznaczają rzeki. Na brzegu w Laosie, ku ogólnemu zdziwieniu, stoją wysokościowce. Kiedyś były tu pola makowe, z których produkowano opium, a teraz stoją, i w ogóle nie pasują do otoczenia, szare, betonowe szkaradztwa. To chińscy towarzysze wydzierżawili na 99 lat teren i budują tuż przy granicy centrum hazardu. No cóż, kto bogatemu zabroni.

Budda złoty, niebieski, leżący, siedzący, wesoły. Lady Budda, stupy, pagody, świątynie, smoki, węże... Religijne nawiązania są tu równie częste, co portrety króla lub zmarłej niedawno królowej. Posągi Buddy, wielkości naszego Jezusa w Świebodzinie, mijamy praktycznie kilka razy dziennie. Buddyzm, 500 lat starszy od chrześcijaństwa, sprowadza się zasadniczo do tego samego - a przynajmniej tak to widzę z perspektywy laika - do bycia dobrym człowiekiem. Jak nie będziesz przestrzegał przykazań, będziesz skazany na cierpienie po śmierci. Jak u nas - Bóg jest miłosierny, ale uważaj, bo jak zrobisz coś złego to wylądujesz w garnku z gorącą smołą. Przy czym te buddyjskie opisy cierpień bolą od samego słuchania. Już lepiej profilaktycznie, dla odkupienia wszelkich przewin, pokłonić się nisko, kupić świeczkę, czy wrzucić pieniążka. Bo oczywiście w każdym z tych miejsc - w większości przypadków przepięknych, co trzeba przyznać - słowo 'donation' występuje chyba nawet częściej niż Budda.

O ile religijne nawiązania nie wywołują we mnie przesadnie wielkich emocji, to dreszcz przeszedł mnie po plecach w Białej...  Świątyni (Wat Rong Khun). To istne dzieło sztuki. Cały budynek jest biały, pokryty lusterkami, a rzeźby, przy zachowaniu oczywiście kulturowej różnicy, skojarzyły mi się z tymi robionymi przez Gaudiego. Takie miałem przynajmniej luźne skojarzenie. Z naciskiem na luźne. Po wejściu do świątyni, która jednocześnie jest galerią sztuki nowoczesnej, na czołowym miejscu jest Budda, ale sztuka dzieje się na ścianach. Sugestywne i dość pretensjonalne portrety pokazujące nasze koło życia, czy jak sobie radzić z problemami. Na tylnej ścianie są za to postaci naszej popkultury - pokemony, batman, a nawet Johnny Depp jako pirat z Karaibów. Obok płoną wieże World Trade Center. Te wszystkie rysuneczki składają się na cielsko smoka. Wzrok przesuwa się coraz wyżej, ku jego głowie i jeśli przyjrzeć się jego kruczoczarnym źrenicom, to w jednej majaczy portret Bin Ladena, a w drugiej Georga Busha. Nad smokiem, w swej wyluzowanej pozie, siedzi Budda. Kicz to czy artyzm, zastanawiają się pewnie mądre głowy, ale bezsprzecznie Biała Świątynia wyróżnia się spośród wszystkich innych obiektów tego typu w Tajlandii. Czy w Laosie też będzie tyle religijnych odniesień? Przekonamy się wkrótce.

Ponownie dojechaliśmy nad rzekę, żegnamy naszą przewodniczkę oraz Tajlandię i pakujemy się do autobusu, w którym, po moście przyjaźni, przekracza się granicę. Lubię ten moment, zmiana kraju obiecuje nowe i nieznane, co z reguły wywołuje we mnie dreszczyk emocji i ekscytacji. To nie jest duże przejście, do wypełnienia są dwa formularze, trzeba załączyć zdjęcie do wizy, ale cała procedura jest prosta i przyjemna. Po drugiej stronie, już w Laosie, czeka na nas znudzony pan z tabliczką naszego agenta. Najpierw obowiązkowa fotka, jak wsiądziemy do busika zrobi drugą - on przesyłkę turystyczną przyjął i nadał, więc co złego to nie on. Kierowca busa, jak już wysadził nas pod hotelem zrobił to samo: ja swoje zrobiłem, klienci w hotelu, na dowód foto. Ot azjatycka odmiana RODO. Na pierwszy rzut oka Laos wygląda na zdecydowanie biedniejszy kraj niż Tajlandia, choć brzmi to może dziwnie, skoro właśnie zostałem milionerem! Nie, nie, nie wygrałem w tak popularnej tu loterii. Ja tylko wymieniłem sto dolarów, a w zamian dostałem dwa miliony kipów laotańskich.

Z Huay Xai do Pak Beng płyniemy po Mekongu. Nasza dżonka, mimo, że swoje najlepsze lata ma już za sobą, jest lepsza i bardziej komfortowa, niż się spodziewałem. Ma miejsca leżące wewnątrz, leżaki na zewnątrz, może pomieścić pewnie ze 30 osób, a nas jest raptem jedenaścioro. Są Holendrzy, para młodych Francuzów, trafił się i Polak. My w podróży jesteśmy w ciągłym ruchu, ale cały dzień na łodzi to jest zupełnie inny sposób przemieszczania się. Rzeka wije się w niewysokim kanionie, czasem łagodne brzegi porośnięte są bujną roślinnością, sporo jest też ludzi. Zdarzają się rybacy, ale dominują zanurzone po kolana w wodzie, przygarbione sylwetki w charakterystycznych kapeluszach, które wielkimi sitami przesiewają piach z brzegu. To poszukiwacze złota. Płynie rzeka, płynie czas. Z perspektywy leżaka wszystko jest senne, leniwe, spokojne. Wszystko się ze sobą zlewa. Czytam. Drzemię. Śnię.

Przewodnik mówi, że Laos, biorąc pod uwagę turystykę, ma właściwie tylko Mekong. Brak dostępu do morza sprawia, że turystów tu rzeczywiście niewielu. My podróżujemy na północ, do Phongsaly, prawie pod granicę z Chinami. Docieramy do miasteczka wieczorem, prosto na zachód słońca, ale próżno w nim szukać uroku. Naliczyłem sześcioro turystów. Jest ich tak mało, że w mieścinie czynne jest tylko jedno miejsce restauracjopodobne. W dodatku całkowicie puste. Brzydkie jak noc, z migającymi lampkami choinkowymi, kotami łażącymi po stołach i z wiszącymi na ścianie kapslami, wielkości ściennego zegara, z wyblakłymi herbami europejskich tuzów futbolowych. Zamawiamy smażone warzywa z ryżem, coś trzeba jeść. Miejsce jest oddalone od cywilizacji, żeby tu dojechać spędziliśmy 9 godzin w aucie, jadąc po drogach, które trudno tym mianem określać. Ani to przyjemne, ani bezpieczne, szczęśliwie czasem opada pył i można dostrzec to, co za oknem. Góry są malownicze, zieleń bujna, choć rośliny przy drodze mają kolor brudnej pomarańczy. Są i tarasy ryżowe, ale w porze suchej sterczą z nich tylko słomiane kikuty. W wioskach życie toczy się swoim rytmem. Biednie, szaro. Dzieci chowają się z kurami, często tuż przy ulicy. Nastolatek nad mikroogniskiem piecze sobie... szczura. Jakaś babcinka tłucze kamienie, ledwo unosząc do góry młotek. Domki są drewniane, często na palach, czasem murowane, bywają też bardzo kolorowe. Patrząc jak oni tu budują, albo na brzegu skarpy albo tuż pod nią, przestaję się dziwić, że czasem zdarza nam się usłyszeć w TV, że lawina błotna porywa domy. Już tę biedę widziałem. Już mnie to nie zdumiewa, nie szokuje, choć wciąż nie potrafię zrozumieć dlaczego ten świat tak jest urządzony. Dlaczego tak wygląda codzienność dla sporego odsetka mieszkańców naszego padołu?

Rano Phongsaly jakoś szczególnie nie zyskuje uroku, ale bezsprzecznie ożywa, nabiera kolorów i okazuje się, że otwarty jest jeden coffee shop. W poszukiwaniu śniadania idziemy na morning market, czysty, schludny, aż by się jadło te duriany, dragon fruity czy mandarynki. Ryż dostępny jest w każdej postaci, jest i noodle soup, my idziemy jednak w wersję na słodko i tłusto - kulki z nadzieniem przypominające nasze pączki, smażone w głębokim tłuszczu pyzy ziemniaczane i gumowe gofry w kolorze pomarańczy. Snujemy się po mieścinie, zaglądamy do wioski, wspinamy się na górę ze stupą. Taki reset dla mózgu, błogie lenistwo bez żadnych większych bodźców. Wioski wokół Phongsaly to już czysta natura. Nikt tu na turystę nie czeka, na zawołanie nie tańczy, nie chce nic sprzedać. Życie toczy się mimo i obok naszej obecności. W jednej z nich, przed domem, jakaś niewiasta rozebrała się do rosołu i wodą z wiadra myje się siedząc na małym stołeczku. Nikt, poza nami, turystami, nie zwraca na nią uwagi. Ktoś pali fajkę wielkości słoniowej trąby. Tylko dzieci w jakiś sposób na nas reagują, bo podróżnik, w dodatku biały, to dobry powód do żartów. Tych grup etnicznych jest tu kilka, czasem nawet nasz laotański przewodnik nie jest w stanie się z nimi porozumieć, bo używają różnych dialektów. Wędrujemy po plantacji herbaty, dosłownie między krzewami. Ta w Phongsaly jest wyjątkowa, bo pochodzi od drzew, które mają nawet 400 lat. Krzewy rosną na bardzo stromych zboczach, ich oporządzanie to musi być trudna i ciężka praca, do tego w okrutnym upale. Na koniec, już pod wieczór, mamy degustację tych herbat: białej, zielonej i czerwonej. W jednej z fabryk wita nas jej właściciel, Chińczyk, ale mistrzynią ceremonii jest jego żona. Kobieta urodziwa, z wewnętrzną siłą i delikatnymi oznakami statusu materialnego w uszach. Zaczyna od czerwonej, zaparza, wylewa, zaparza ponownie, podgrzewa szklaneczki, ma specjalny zestawik do tego. Herbata ma barwę kalwadosu, a smakuje wybornie. Jest delikatna i nie zawiera ani odrobiny goryczy. Pomaga też spalać tłuszczyk - zachwala. Pijemy, testujemy, podpytujemy o proces, o biznes. Sprzedają 30 ton do Europy, głównie do Niemiec. Chwalą się certyfikatami UE. W międzyczasie serwuje nam zieloną i białą. I od nowa czerwoną - wszystkie mi smakują, ale ta jest w mojej opinii najlepsza. Kupiliśmy ponad kilogram. Atmosfera jest znakomita, big boss zaprasza nas pod okopconą wiatę. Dym z ogniska przenika nasze ubrania, włosy. Zaraz zaserwuje nam bimber z kukurydzy, a jako snacki i przegryzkę, wołową skórę pieczoną w ognisku. Migam się co prawda, policjant w Tajlandii przestrzegał nas przed piciem samogonu, ale finalnie próbuję jednego i drugiego, bo tego wymaga obyczaj i kultura. Ostatecznie to dla takich wieczorów się podróżuje!

Większe miasta, jak np. Oudomxay, to zupełnie inna bajka. Pojawiają się rezydencje, które mocno wyróżniają się na tle pozostałych domów, ale wszystko tu wygląda inaczej, niż na prowincji. Ludzie ubrani "po miejsku", miejskie restauracje, stacja kolejowa, na której wsiadamy do szybkiego pociągu. To nowoczesna, chińska maszyna, co mocno kontrastuje z wioskową biedą, którą podglądaliśmy jeszcze wczoraj. Jak ja lubię tę różnorodność, jedziemy do Luang Prabang, dawnej stolicy!

Laos był kolonią francuską do 1954 roku i te europejskie wpływy można delikatnie poczuć w Luang Prabang. Miasto leży nad rzeką, wzdłuż której wtopiono nieliczne bary i restauracje. Ma spójną, ciekawą architekturę, budynki są niskie, stylowe, plątanina kabli ciągnie się wzdłuż ulic. W ogóle można trochę poczuć się tu jak te 100 lat temu. Na myśl przychodzi mi film 'Indochiny', i choć tam akcja rozgrywała się chyba w Wietnamie, to jednak nastrój miasteczka jest podobny. Siedzę na balkonie butikowego hotelu, wszystko tu jest ciemnobrązowe, hebanowe, także proste, wygodne meble. W drzewie naprzeciwko zadomowiły się kwilące ptaki, na stoliku czeka pyszna kawka. Brakuje mi tylko papierosa, papierowej gazety, a byłbym jak gentleman z przełomu XIX i XX wieku. Wspaniała chwila. Z pewną ekscytacją zauważam po raz kolejny, że w podróży przestaję robić rzeczy, które kiedyś bardzo lubiłem, robiąc w to miejsce inne. I ze zdziwieniem przyznaję, że ta zmiana bardzo mi się podoba. Jeszcze 2-3 lata temu biegałbym z aparatem po dziwnych zakątkach i polował na te momenty, które fotografowi może zaoferować wyłącznie poranne słońce. Zresztą w ogóle coraz mniej mi się chce robić zdjęcia, bo świat generuje każdego dnia miliardy fotek i przestaję widzieć w tym jakikolwiek sens. Dziś aparat leży w torbie, a ja siedzę w ekstazie na balkonie. Coraz częściej wystarczy mi po prostu patrzeć. Przed nami ulica, na której co prawda nie ma dam skrywających swe blade lica pod parasolkami, ale widok i tak koi oczy: niskie domki, bananowce, w tle olbrzymie drzewo z fioletowymi kwiatkami. Po ulicy, każdego poranka, jeszcze przed wschodem słońca, w procesji chodzą mnisi, którzy zbierają jedzenie od siedzących na poboczu wiernych i turystów. W Luang Prabang jest kilka sporych świątyń, można się ich naoglądać do bólu. Jest też, a jakże, night market, gdzie kłębi się tłum turystów, ale są i targi dla mieszkańców, na które zabrał nas Sonxay, nasz przewodnik. Zabrał nas też do wiosek w okolicy miasta, ale to jest już tak ordynarna cepelia, że zęby trzeszczą. Idziesz po wyznaczonej ścieżce, wszędzie stoiska z rękodziełem, dzieci zachwalające torebki z koralików za jednego dolara. Potem dowiemy się, że ci ludzie w większości mieszkają w Luang Prabang, zapewne wieczorem spotkamy ich na nocnym targu, a wioska dziś - przy wsparciu rządu, dla utrzymania tradycji - pełni funkcję atrakcji turystycznej. I to udowadnia po raz kolejny, że jeśli chcesz popatrzeć na prawdziwe życie na prowincji, to od szlaków turystycznych trzeba odjechać jak najdalej. Owszem, kosztuje to trochę czasu, wysiłku, trzeba telepać się po dziurawej drodze, ale wtedy doświadczasz prawdziwego życia. Tymczasem dopiłem kawę, po ulicy przeszła dziewczyna schowana pod błękitną parasolką. Pora się zbierać, za chwilę jedziemy na stację i ruszamy dalej.

Upał jest dokuczliwy. Odkąd zjechaliśmy z gór, z Phongsaly, powietrze jest gęste i wysysa z nas energię jak wampir. W Vang Vieng wchodzimy na punkt widokowy Nam Xay, trasa jest krótka, przewyższenie nie ma więcej niż 200 metrów, ale jest bardzo ostro pod górę. Czasem mam wrażenie, że nachylenie to może mieć nawet 75 stopni, trzeba łapać się za korzenie i linki pomocnicze. Piękna wspinaczka. Widok jest wart każdego kroku, ze szczytu mamy panoramę na laotańskie widoki prezentowane w katalogach biur podróży. Jest tak gorąco, że powietrze stoi, rozmazuje obraz. Góry, samotne ostańce wystają z wysuszonej ziemi. Moja koszulka, dla odmiany, jest przemoczona do cna. Spędziliśmy na szczycie prawie godzinę, chwilę nam zeszło w kolejce do zrobienia sobie fotki z flagą i... motorem, który ktoś wtarabanił na szczyt. Zejście jest mniej męczące, ale chyba bardziej wymagające. Ale i tak czeka na nas nagroda - zamówiłem sobie shake'a - kwaskowa marakuja zmiksowana z lodem. Boże, ależ to jest pyszne! Te soki są tu na każdym kroku, kosztują grosze, ciężko się zdecydować na smak: mango, ananas, arbuz, kokos, dragon fruit, awokado. To ostatnie, na życzenie, może być ze słodzonym mleczkiem skondensowanym. Gdyby nie to, że owoce też mają kalorie byłbym gotów wskoczyć na hamaczek i spędzić w pobliżu takiego straganu ze 2 tygodnie i tylko pić, i pić, i pić... Szczęśliwie mamy harmonogram, nie muszę dokonywać tak trudnych, wakacyjnych wyborów. Vang Vieng miało być miastem, w którym w zasadzie jest tylko główna ulica i night market, a oferuje sporo atrakcji. Możesz spłynąć rzeką w znakomitej scenerii, możesz zajrzeć do jaskini, możesz też poskakać do błękitnej laguny z kilkumetrowej platformy, czy pośmigać na tyrolkach. Ale chyba najbardziej zapamiętam je (poza wspinaczką oczywiście) z dziesiątek balonów latających nad miastem. Płyniesz motorówką po rzece, patrzysz na słońce chowające się za górami, a nad głową bezszelestnie suną te kolorowe aerostaty. Przepiękny to widok. No, to teraz pora na shake'a mango-ananas i pociągiem jedziemy do Vientiane.

Stolica, mili Państwo, to już nie przelewki. Są tu nawet światła na skrzyżowaniach. Są i stupy, świątynie, posągi Buddy. Są i flagi państwowe praktycznie na każdym słupie, ale zawsze, podkreślam zawsze, w towarzystwie czerwonej flagi z żółtym sierpem i młotem. Jest i targ nocny, ale ten z ciuchami to jakaś okrutna porażka - na setkach stoisk dostępna jest najtandetniejsza chińszczyzna, jaką kiedykolwiek widziałem. W porównaniu z night market choćby w Luang Prabang, to aż dziw bierze, że tak dwa różne światy mogą nosić taką samą nazwę. No i jest upał, tak wyczerpujący, że aby przeżyć trzeba zaszyć się na pół godzinki w hotelowym, klimatyzowanym pokoju, na drzemkę. Przyśniło mi się, że jestem w Bangkoku. A może to nie sen? Wszelako to właśnie w stolicy Tajlandii kończymy naszą zimową wyprawę. Rezygnujemy z pałaców, stup i wszystkich tych przybytków masowej turystyki. Już to przecież widzieliśmy. Idziemy przed siebie, docieramy do China Town. Grand Bazaar w Stambule to przy tym tutejszym jawi się jako ekskluzywny butik. Można tu kupić wszystko o czym pomyślisz, za cenę dziesięciokrotnie niższą niż pomyślisz. Jest przeraźliwie gorąco. Ze stacji metra do hotelu odwozi nas kompletnie odjechany taksówkarz. Gościu ma chyba tylko ze trzy zęby i charczy, co pewnie jest rodzajem śmiechu, jak komuś zajedzie drogę lub wymusi pierwszeństwo. Niezmiennie uwielbiam te klimaty. Uwielbiam podróżować.


Tymczasem!

 


Copyright © 2015-2026. Tomasz Skrzypczak. 

© Tomasz Skrzypczak
bottom of page